25/08/2026
Czy podjąłbym się obrony Przemysława Krala? Oczywiście, że tak. I właśnie dlatego patrzę na to, co dzieje się wokół Zondacrypto, z coraz większym zawodowym niepokojem. Adwokat ma obowiązek bronić człowieka niezależnie od tego, czy klient jest popularny, znienawidzony, związany z politykami, biznesem, półświatkiem czy wielkimi pieniędzmi. Obrona nie jest nagrodą za dobre prowadzenie się. Jest jednym z fundamentów państwa prawa. Gdybym jednak prowadził taką sprawę, zrobiłbym wszystko, żeby ją medialnie wyciszyć, a nie podgrzewać. Nie budowałbym własnego wizerunku kolejnymi przeciekami, nazwiskami, zapowiedziami, kto za chwilę „zostanie pogrążony” i jaką polityczną bombę klient ma jeszcze odpalić. Interes klienta nie zawsze jest tożsamy z interesem medialnym jego obrońcy. Czasami jest dokładnie przeciwny. Im poważniejsza sprawa, tym mniej adwokata powinno być w telewizji, a więcej w aktach. Tymczasem Zondacrypto coraz bardziej przypomina spektakl, w którym wszyscy zdają się znać następny akt, zanim prokuratura zakończyła pisanie pierwszego. Politycy wszystkich ugrupowań już wiedzą, kto jest winny, kto niewinny, kto kogo obciąży i komu politycznie zaszkodzi. Jedni robią z podejrzanego przestępcę przed wyrokiem, drudzy bohatera walczącego z systemem, trzeci źródło politycznej amunicji. A ja chciałbym wiedzieć coś znacznie prostszego: gdzie są dowody? Gdzie są pieniądze? Gdzie są kryptowaluty? Gdzie są beneficjenci rzeczywistych przepływów? Kto kontrolował portfele? Kto podejmował decyzje? Kto finansował działalność? Dokąd prowadzą ścieżki transakcyjne? I dlaczego dopiero wtedy, gdy w tle pojawiają się polityczne nazwiska, państwo nagle odzyskuje głos, energię i niezwykłą zdolność komunikowania mediom kolejnych „ustaleń”? Bo historia polskiego rynku kryptowalut nie rozpoczęła się przecież od Zondacrypto. W 2016 roku upadł BitCurex, jedna z największych wówczas polskich platform. CERT Polska opisywał transfer około 2300 BTC z jej portfela. Siedem lat później, w grudniu 2023 roku, Prokuratura Okręgowa w Łodzi poinformowała o zawieszeniu śledztwa dotyczącego m.in. wytransferowania kryptowalut, przywłaszczenia i prania pieniędzy, wskazując, że trzeba oczekiwać na analizę przepływów kryptowalutowych. (CERT Polska) Siedem lat. W świecie blockchaina, który pozostawia cyfrowy ślad. I jakoś nie pamiętam codziennych konferencji polityków, przecieków o tym, kto ma kogo pogrążyć i wielotygodniowych debat o odpowiedzialności państwa. Potem był Coinroom. Platforma zniknęła z rynku w 2019 roku, klienci alarmowali o problemach z odzyskaniem pieniędzy, a wcześniej KNF zawiadomiła Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Co szczególnie interesujące, w aktualnej liście ostrzeżeń KNF przy Coinroomie nadal widnieje informacja o zawiadomieniu prokuratury, bez wzmianki o prawomocnym orzeczeniu. (Money.pl - portal finansowy) Był BitMarket. Jedna z największych polskich afer kryptowalutowych. Prokuratura Krajowa oficjalnie informowała o co najmniej 2300 bitcoinach i szkodzie szacowanej wtedy na około 100 milionów złotych; jednemu ze współwłaścicieli przedstawiono zarzut dotyczący 525 użytkowników i ponad 22,6 miliona złotych. (Gov.pl) I właśnie w środku tej historii pojawia się Tobiasz Niemiro. Człowiek związany z BitMarketem, który publicznie twierdził, że sam jest poszkodowany i że posiada materiały pozwalające wyjaśnić sprawę. Kilkanaście dni po upadku giełdy został znaleziony martwy z raną postrzałową głowy. Prokuratura informowała wówczas, że wstępne ustalenia nie wskazywały na udział osób trzecich, a śledztwo wszczęto również pod kątem ewentualnej namowy lub pomocy w targnięciu się na własne życie. (Money.pl - portal finansowy) I właśnie tutaj prawnik powinien być szczególnie ostrożny: nie wolno tworzyć teorii bez dowodów. Ale wolno — i trzeba — pytać, czy opinia publiczna otrzymała kiedykolwiek pełne, przekonujące wyjaśnienie wszystkich okoliczności BitMarketu, przepływów pieniędzy, odpowiedzialności poszczególnych osób i tego, co naprawdę stało się z aktywami klientów. Wolno pytać, dlaczego niektóre sprawy przez lata niemal znikają z debaty publicznej, a inne nagle stają się kwestią racji stanu dokładnie w chwili, gdy można z nich wyprowadzić polityczne nazwisko. Jest przecież jeszcze Sylwester Suszek, twórca BitBay, poprzednika dzisiejszego Zondacrypto. Zaginął w marcu 2022 roku. Cztery lata później, w maju 2026 roku, prokuratura zmieniła referenta sprawy, a rzecznik Prokuratury Krajowej mówił publicznie o „wyczerpaniu dotychczasowej formuły postępowania”. (TVN24) Proszę się nad tym określeniem zatrzymać. Człowiek związany z jednym z największych biznesów kryptowalutowych w Polsce znika. Mijają cztery lata. I państwo samo przyznaje, że dotychczasowa formuła postępowania się wyczerpała. A teraz nagle wokół tego samego środowiska mamy polityczną burzę, przecieki, medialne sensacje i zapowiedzi kolejnych nazwisk. To naprawdę nie rodzi pytań? Co z zaginięciem Suszka? Co z pełną rekonstrukcją właścicielską i finansową BitBay? Co z osobami finansującymi przedsięwzięcie na jego początkowych etapach? Co z ewentualnymi wątkami rosyjskimi, o których mówią dziś politycy? Jeżeli istnieją dowody — pokażmy je w postępowaniu. Jeżeli ich nie ma — przestańmy używać Rosji jako retorycznego wzmacniacza politycznego przekazu. Co z wątkami przestępczości gospodarczej i paliwowej pojawiającymi się w medialnych materiałach dotyczących otoczenia tego biznesu? Co z BitCurexem? Co z Coinroomem? Co z BitMarketem? Co z Niemiro? Co z pieniędzmi tysięcy ludzi? Dlaczego w Polsce tak często państwo budzi się dopiero wtedy, gdy sprawa gospodarcza może zostać przerobiona na polityczną? I żeby było jasne: dokładnie tak samo krytycznie oceniałbym to za każdej poprzedniej władzy. Nie interesuje mnie, czy prokuraturą kieruje człowiek wskazany przez prawicę, centrum czy lewicę. Prokurator ma być prokuratorem, a nie dostawcą treści do wieczornego serwisu informacyjnego. Polityk ma powstrzymać się od wydawania wyroku przed sądem. Adwokat ma bronić klienta, nie siebie promować jego sprawą. A państwo ma badać wszystkie wątki, także te niewygodne dla aktualnie rządzących. Tym bardziej że nawet aktualna lista ostrzeżeń KNF pokazuje bardzo różne losy spraw związanych z rynkiem kryptowalut: przy części podmiotów nadal brak informacji o prawomocnych rozstrzygnięciach, podczas gdy w sprawie Bitmaszyny odnotowano prawomocny wyrok Sądu Okręgowego w Toruniu z 27 sierpnia 2025 roku. (KNF) Można więc dojść do wyroku. Można zamknąć sprawę procesowo. Trzeba tylko konsekwencji, kompetencji i czasu, który nie jest liczony kalendarzem politycznych wyborów. Dlatego nie przekonuje mnie argument, że „teraz wreszcie państwo działa”. Państwo działa wtedy, gdy równie energicznie szuka prawdy w sprawie politycznie atrakcyjnej i w sprawie, o której przestały pisać media. Działa wtedy, gdy ściga pieniądz, a nie nazwisko. Działa wtedy, gdy interesuje je blockchain, dokument i dowód, a nie potencjalny nagłówek. Działa wtedy, gdy śmierć człowieka, zaginięcie przedsiębiorcy i utrata milionów przez klientów są wystarczającym powodem do determinacji nawet bez posła, ministra czy prezesa partii w tle. Czy broniłbym Krala? Tak. I broniłbym go zdecydowanie, wykorzystując każdy instrument, który daje prawo. Ale przede wszystkim broniłbym go w postępowaniu, a nie w telewizyjnym studiu. Wyciszyłbym sprawę, zamiast produkować kolejne odcinki. Bo klient nie potrzebuje obrońcy, którego wszyscy oglądają. Potrzebuje obrońcy, którego działania widać później w aktach i w orzeczeniu. I dokładnie tego samego oczekuję od prokuratury: mniej spektaklu, więcej akt. Mniej politycznych sugestii, więcej przepływów finansowych. Mniej przecieków, więcej procesowo zabezpieczonych dowodów. Mniej opowieści o tym, kto kogo pogrąży, więcej odpowiedzi na pytanie, co wydarzyło się z pieniędzmi i ludźmi w kolejnych polskich aferach kryptowalutowych. Bo być może największą aferą polskiego rynku krypto nie jest ostatecznie jedna konkretna giełda. Być może największą aferą jest to, jak wiele pytań po kolejnych giełdach, kolejnych milionach, jednym zaginięciu i jednej śmierci potrafiliśmy przez lata pozostawić bez odpowiedzi — aż do chwili, gdy kryptowaluty zaczęły być politycznie użyteczne.