20/05/2026
Często widuję go na pilskich ulicach. Często spotykam go w tym samym miejscu, pochylonego nad osiedlowym śmietnikiem. To starszy pan, który dzisiaj żyje z tego, co uda mu się tam znaleźć – ze szkła, puszek, makulatury.
Ale jest w tym człowieku coś, co nie pozwala oderwać od niego wzroku. Nawet tam, przy tych kontenerach, jest inny. Jest zadbany, nosi ten swój charakterystyczny czerwony „beret-
kaszkiet”, ma na sobie czystą, funkcjonalną odzież roboczą, w tym tę kamizelkę pełną kieszeni. W jego postawie, nawet gdy jest pochylony, jest duma. Nie widać w nim rezygnacji, widać... pogodę ducha i spokój.
A przecież ten człowiek, ten mieszkaniec Piły, to symbol jednej z największych niesprawiedliwości, jakie spotkały przedsiębiorcę w powojennej Polsce. Rozpoznałem
go kilka dni temu.
Widzę go tam i myślę o jego historii, o historii, która nie powinna się wydarzyć.
On nie zawsze grzebał w śmietnikach. Kiedyś, przed laty, był wielkim biznesmenem. Stworzył od zera prosperujące imperium, zatrudniał setki ludzi w swoich fabrykach, był dumą naszego miasta. Jego zakłady produkowały chemię budowlaną, o której marzyły wielkie koncerny. Miał majątek wyceniany na miliony, miał wpływ, szacunek, był na szczycie.
I wtedy... wtedy zdarzyło się coś, co zniszczyło wszystko.
Został aresztowany. Tak po prostu, na podstawie oskarżeń o wyłudzanie kredytów, które później, po latach koszmaru, sąd uznał za całkowicie bezpodstawne.
Ale kiedy on spędził rok w areszcie, aparat państwa, ramię w ramię z wyznaczonym syndykiem, systematycznie, kawałek po kawałku, rozbierał jego dorobek życia. Jego fabrykę wartą kilkadziesiąt milionów złotych syndyk sprzedał za... bezcen.
Za kilkaset tysięcy złotych! To tak, jakby oddać luksusowy samochód za cenę roweru. Fabryka ta niemal natychmiast, z rąk do rąk, przeszła do jednego z największych światowych koncernów chemicznych za swoją realną, gigantyczną wartość. A on, bezprawnie trzymany w areszcie, nie mógł zrobić nic. Był bezsilny.
Kiedy w końcu wyszedł, nie miał już nic. Ani firmy, ani majątku, ani domu, który też został zlicytowany. Cały jego dorobek został zniszczony i oddany innym za grosze, pod osłoną prawa.
Rozpoczął walkę. Walkę, która trwała kilkanaście lat. Domagał się gigantycznego odszkodowania, 32 milionów złotych za to, co mu odebrano. To byłby akt sprawiedliwości. Państwo go bezprawnie oskarżyło, aresztowało i pozwoliło na zniszczenie jego firmy.
Ale system, ten sam system, który go zniszczył, zagrał mu na nosie jeszcze raz. Zamiast sprawiedliwości, dostał... kpinę. Sąd przyznał mu, po latach batalii, 24 tysiące złotych odszkodowania za utracone zarobki.
Powiem to jeszcze raz: za utratę całego, wielomilionowego majątku, dostał kwotę, która ledwo starcza na przeżycie roku w skromnych warunkach. A do tego wszystkiego media pisały, że sąd... odliczył mu od tej kwoty koszty utrzymania w więzieniu, bo przecież państwo go żywiło.
To brzmi jak ponury żart, ale to była rzeczywistość jego walki o sprawiedliwość.
I dlatego, gdy widzę go dzisiaj, jak pochyla się nad tymi puszkami, to krew we mnie buzuje. To jest człowiek, którego polskie państwo, ze swoimi sądami, prokuraturą i syndykami, bezwzględnie zniszczyło, okradło i zostawiło na marginesie życia. To jest ofiara bezdusznego układu.
A on... on idzie dalej. Elegancki, dumny, czysty, zbiera te puszki i żyje z dnia na dzień. I jest w tym niesamowita siła charakteru, ale też nieskończony smutek. Bo za każdym razem, gdy spotykam tego starszego pana w czerwonym berecie, widzę w nim miliony złotych niesprawiedliwości i człowieka, któremu system odmówił elementarnej godności.
Pamiętajcie tę historię, gdy kiedyś spotkacie go na ulicy. To nie jest "bezdomny ze śmietnika". To jest ofiara, która mimo wszystko, zachowała twarz.
‼️P.S. Jego „firmę” od syndyka/ komornika kupiło małżeństwo. Ona w latach 1996-2001 była ambasadorem RP na Litwie, on współzałożycielem Socjaldemokracji Polskiej i jej skarbnikiem.
Jeżeli spotkam Pana raz jeszcze zainicjuję rozmowę. Myślę, że jest wart naszej uwagi i pomocy. Choćby symbolicznej.