04/05/2020
24 marca 2020 weszła w życie nowelizacja Ustawy Prawo Upadłościowe,
której głównym założeniem jest danie szerszego dostępu do możliwości
oddłużenia się osobom znajdującym się w ciężkiej sytuacji finansowej.
Na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości możemy przeczytać "Wpadnięcie
w niemożliwe lub trudne do spłacenia długi nie powinno spychać
człowieka na margines społeczny i z dnia na dzień pozbawiać go
wszystkiego. Dlatego Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało
przełomowe rozwiązania, które pozwolą takim osobom bezpiecznie wyjść z
zadłużenia i odbudować normalne życie, bez wiecznego strachu przed
komornikiem”. Wśród samych zainteresowanych, zarówno dłużników,
syndyków czy sędziów zdania na temat nowych przepisów są podzielone. W myśl nowych, obowiązujących już przepisów Sąd na etapie rozpoznawania wniosku o ogłoszenie upadłości bada tylko czy dłużnik jest niewypłacalny. Przyczyna powstania niewypłacalności obecnie jest sprawdzana już po ogłoszeniu upadłości i ma bezpośredni wpływ na długość planu spłaty gdzie dla nierzetelnego dłużnika może wynieść on maksymalnie 7 lat w miejsce 3 dla dłużnika rzetelnego. W szczególnych przypadkach dłużnik może wcale nie uzyskać oddłużenia i ma to miejsce jeśli Sąd uzna, że dłużnik działał w sposób celowy oraz na szkodę wierzycieli doprowadzając do swojej niewypłacalności. To na co nie wpłynęła w żaden sposób nowelizacja to fakt czy powinniśmy myśleć o ogłoszeniu upadłości konsumenckiej czy nie. Poniżej zamieszczam wpis Radcy
Prawnego Marka Zgolińskiego opublikowany na grupie Upadłość
konsumencka - nowe życie bez długów, który w sposób prosty i rzeczowy opisał tą problematykę.
„W jaki sposób szacujemy, podkreślam szacujemy czy jesteśmy w stanie
spłacić długi. Są to zawsze wyliczenia zgrubne, które nie uwzględniają
możliwości zawarcia ugody z wierzycielami (ale takiej prawdziwej z
redukcją długu), ale i nie uwzględniają dodatkowych kosztów sądowych,
zastępstwa procesowego i komorniczych.
Otóż, sumujemy całkowite zadłużenie. Powiedzmy, że wychodzi nam, że
jesteśmy winni (częściej rzekomo winni) 100.000 zł. Następnie mnożymy
całkowite zadłużenie przez 0,14 (stopa odsetek maksymalnych) i
dzielimy przez dwanaście. Otrzymujemy szacowany miesięczny przyrost
długu, czyli wiemy, ile należy spłacać co miesiąc, by dług stał w
miejscu.
W opisanym przykładzie: 100.000 x 0,14/12 = 1166 zł. Jest to kwota
niezbędna by utrzymać dług w miejscu, mniejsze spłaty prowadzą do
narastania długu, większe do jego rzeczywistej spłaty.
W drugim kroku szacujemy ile przeciętnie miesięcznie jesteśmy w stanie
przeznaczyć miesięcznie na spłaty. Jeżeli kwota spłat z trudem lub
wcale nie przewyższa przyrostu odsetek, w ogóle nie ma o czym mówić,
upadłość. Trochę bardziej skomplikowana sytuacja jest gdy przewyższa.
Wtedy szacujemy ile lat będziemy spłacać długi. Moim zdaniem 5 lata to
jest mniej więcej data graniczna. Jeżeli w 5 lata jesteśmy w stanie je
spłacić to OK, jeżeli dłużej to nie ma sensu zaczynać, znów wyjściem
jest upadłość. Dlaczego? Bo, w życiu jak to w życiu, ludzie chorują,
rozwodzą się, umierają najbliżsi. Musimy zakładać, że im dłuższy
horyzont czasowy tym większe prawdopodobieństwo, że spotka nas jakieś
nieszczęście i np. po 5 latach spłat i tak będziemy zmuszeni wystąpić
o upadłość.
Napisałem, że upadłość oznacza zaprzestanie samodzielnych spłat. Otóż,
upadłość nie oznacza zaprzestania spłat w ogóle, upadłość też jest
formą spłaty długów! Zamiast indywidualnie negocjować ugody zdajemy
się na sąd, że ten ustali, ile jesteśmy w stanie spłacać i wymusi na
wierzycielach przyjęcie tych warunków. Ktoś zapyta, a jeśli będzie
upadłość bez ustalania planu spłat? Cóż, najwidoczniej i tak
wierzyciel nigdy by nie dostał żadnych pieniędzy, w końcu to ocena
niezawisłego sądu nie nasza.
Na koniec pewien mit: „nie ma co występować o upadłość, gdy jest
nieruchomość”. I tak i nie. Pierwszą myślą osoby zadłużonej powinno
być: czy jak sprzedam nieruchomość to spłacę długi i coś zostanie mi
na wynajem. Jeśli tak to też nie ma o czym mówić, dysponując
pieniędzmi na start i wolni od długów możemy zacząć życie w każdym
miejscu, np. tam, gdzie jest praca. Jeśli jednak długów nie da się
spłacić sprzedając nieruchomość to też nie ma nad czym myśleć. Należy
myśleć o mieszkaniu lub domu jak o czymś co już straciliśmy. Prędzej
czy później jakiś ogarnięty wierzyciel złoży wniosek o jej zajecie i
zlicytowanie.”
Jeśli po przeczytaniu powyższego wpisu w dalszym ciągu masz wątpliwości
odnośnie swojej sytuacji finansowej zadzwoń pod numer 604 339 483 i umów się na bezpłatne konsultacje w zakresie upadłości konsumenckiej.