LEGALWAYS Kancelaria Prawna

LEGALWAYS Kancelaria Prawna Kancelaria adwokacka z Krakowa, specjalizująca się w obsłudze prawnej biznesu i prawie rodzinnym Skontaktuj się z nami i pożegnaj te senne koszmary!

Czy słyszałeś o prawnikach, którzy - pomimo umiejętności wypowiadania tysięcy słów na minutę - stwarzają to nieodparte wrażenie, że o Twojej sprawie nie mają pojęcia? Powodujących, że Twoich pracowników dopada stres, ilekroć muszą zadzwonić z prośbą o poradę, niezdolnych do udzielenia konkretnej odpowiedzi, kiedy akurat pilnie jej potrzebujesz? Odbierających telefon raz w miesiącu, a kiedy już się

to zdarzy - mówiących językiem, który sprawia, że po chwili masz ochotę kończyć rozmowę? Przekonaj się, jak wartościowa i pełna zrozumienia dla Twojego biznesu może być współpraca z nowoczesnym prawnikiem! LEGALWAYS to kancelaria adwokacka z Krakowa, specjalizująca się w obsłudze przedsiębiorstw i klientów indywidualnych, znana ze skuteczności oraz kompleksowego podejścia do prowadzonych spraw. Główne obszary praktyki Kancelarii obejmują szeroko rozumiane prawo gospodarcze, prawo pracy, prawo autorskie i prawo medyczne. Współpraca z nami to przede wszystkim wzajemne zaufanie i koncentracja na zrozumieniu problemu, dzięki którym od lat wspieramy naszych Klientów w osiąganiu sukcesów. Stawiamy na eksperckość, dlatego współpracujemy z wykwalifikowanymi adwokatami, radcami prawnymi, rzecznikami patentowymi oraz naukowcami z zakresu różnych dziedzin prawa. Kiedy sprawa tego wymaga, korzystamy z opinii zaprzyjaźnionych z kancelarią lekarzy, notariuszy, komorników, biegłych rzeczoznawców, tłumaczy czy księgowych.


Świadczymy usługi w języku polskim, angielskim i niemieckim.

Nie wiem, czy też tak macie, ale mój mózg działa tak, że prawie nigdy się nie wyłącza.‏‎I w rezultacie tak sobie stale o...
18/01/2026

Nie wiem, czy też tak macie, ale mój mózg działa tak, że prawie nigdy się nie wyłącza.
‏‎
I w rezultacie tak sobie stale o czymś i o kimś myślę - o zadaniach bieżących, o tym co najpilniejsze, o tym, że ktoś już długo czeka, o zakończonych sprawach (i jak tam Klienci się mają po czasie itp.), o milionie innych rzeczy.
🤯🤯🤯
‏‎‏‎

Następstwem tych myśli bywa to, że Klienci ni z gruszki, ni z pietruszki dostają ode mnie maila lub smsa z zapytaniem:‏‎
‏‎‏
Jak tam się mamy? Jak życie płynie, odkąd… (i tu pada jakaś część stanu faktycznego, który wspólnie udało nam się zmienić)?
‏‎
Dziś moje myśli intensywnie krążyły wokół jednej z Klientek, której dwa lata temu skończyłyśmy zaskakująco trudny rozwód w zaskakująco krótkim czasie. Nie bacząc zatem na niedzielę, postanowiłam niezwłocznie napisać wiadomość i wkrótce po niej wymieniłyśmy z miłą Panią kilka zdań, kończąc na wymianie najlepszych życzeń.
‏‎‏‎
Chwilę później moja głowa skręciła w rejon, w którym jakiś chochlik podsunął jej dość egoistyczną myśl:
‏‎
💭Kiedy ostatnio do mnie ktoś, kto nie ma do mnie żadnej konkretnej sprawy, napisał z zapytaniem, jak się mam?
💭Czy ktokolwiek o mnie w tym życiu czasem myśli? 🤔
‏‎
‏‎
Mija godzina, może dwie.
‏‎
Przychodzi sms od bodaj najbardziej zapracowanej osoby, jaką znam, czyli od mojego fizjoterapeuty, z którym ostatnio widziałam się w grudniu.
I poczujcie, że on, ten człowiek, który przyjmuje pacjentów przez 6 dni w tygodniu od 6 do 21... On się mnie w tej wiadomości, w niedzielne popołudnie, pyta, czy wszystko u mnie ok?
🫣😁
‏‎
I niech mi ktoś powie, że w relacjach międzyludzkich nie obowiązuje coś na kształt niepisanej zasady wzajemności 😁
Wygląda na to, że skutki jej działania pojawiają się nawet wtedy, gdy nikt ich formalnie nie egzekwuje.
‏‎
‏‎
Wierzycie, że uważność (a może to karma) wraca? 🤔
‏‎
‏‎
Posłajko

Było już po dwudziestej drugiej, kiedy dostałam wiadomość:„Pani Mecenas, przepraszam że tak późno ale ja chyba nie dam r...
30/12/2025

Było już po dwudziestej drugiej, kiedy dostałam wiadomość:
„Pani Mecenas, przepraszam że tak późno ale ja chyba nie dam rady jutro przyjść do sądu.”


Pamiętam dokładnie ten moment. Siedziałam w domu, komputer był już zamknięty, na stole stała herbata, której nie zdążyłam sobie zrobić w kancelarii.
Do rozprawy byłam przygotowana. Pisma przeanalizowane. Strategia przemyślana. Z formalnego punktu widzenia — wszystko było dopięte.


A jednak wiedziałam, że jeśli teraz zignoruję tę wiadomość, jutro nic nie będzie „dopięte”.

Oddzwoniłam.
Po drugiej stronie, po krótkim milczeniu, słyszę bardzo ciche:
🧔🏻‍♂️„Ja się boję. Ja nie wiem, czy dam radę tam stanąć.”


To nie był czas, żeby rozmawiać o przepisach ani o obowiązkach procesowych.
Przez pierwszych kilka minut po prostu słuchałam.

Ta rozmowa trwała prawie godzinę. Siedziałam na podłodze, oparta o kanapę, z telefonem przy uchu.
Klient (na co dzień właściciel kilku dobrze prosperujących biznesów) opowiadał o tym, jak długo zbierał się, żeby w ogóle wejść w ten proces. Jak bardzo bał się konfrontacji. Jak dużo kosztowało go każde pismo, każda decyzja, którą podejmował po drodze.

Gdzieś w trakcie tej rozmowy pomyślałam, że powinnam już dawno spać.
Że jutro czeka mnie trudny dzień.
Że „normalnie” prawnik nie odbiera telefonów o tej porze.

Ale wiedziałam też coś innego.
Że jutro, jeśli ten Pan nie wejdzie na salę rozpraw, to wydarzą się rzeczy, na które sobie nie zasłużył.

Następnego dnia przyszliśmy do sądu razem.
Był zdenerwowany.
A ja — zmęczona, ale też spokojna.
Przeszłam z tym Klientem przez niejedną burzę piaskową i zawsze dotąd wychodziliśmy z nich cało. Czułam, że i teraz sobie poradzimy.

Różnica była jednak taka, że wcześniej robiliśmy razem sprawy firmowe (dziesiątki negocjacji, spory z kontrahentami, pracownikami), a teraz rzecz dotyczyła jego sytuacji rodzinnej. 😏


Rozprawa nie była łatwa. Padły pytania, które bolały. Były momenty, w których widziałam, jak Pan zaciska dłonie pod stołem. I były chwile, kiedy wiedziałam, że to, co robię w tej sekundzie, nie ma nic wspólnego z byciem „technicznym” pełnomocnikiem.

Zapada dobry wyrok.
Plan zrealizowany w 101%. Uff. Można odetchnąć.

Po wyjściu z sali rozpraw Pan spogląda na mnie i mówi:
🧔🏻‍♂️„Gdyby nie wczoraj, to by mnie tu dziś nie było.”
‎‎

Wróciłam wtedy do kancelarii i dopiero tam poczułam, jak bardzo jestem zmęczona. Tak fizycznie, zwyczajnie. I przez chwilę pomyślałam, że może „za bardzo się przejmuję”.

Dziś wiem, że nie.

To przejmowanie się jest częścią mojej pracy.
Jest ceną za przejmowanie trudów i zmartwień, za odpowiedzialność za cudze emocje i problemy.
Zaangażowanie nie jest słabością.
Jest decyzją, którą podejmuję każdego dnia — świadomie.

Bo wolę być prawnikiem, który czasem wraca do domu zmęczony,
niż takim, który wraca z myślą, że mógł zrobić więcej.
💪🏻🫶🏻💪🏻


Posłajko

Hazardzista, strategia i... podział majątku po rozwodzie.Czy „talent do kart" daje wyłączne prawo do zarobionych dzięki ...
28/12/2025

Hazardzista, strategia i... podział majątku po rozwodzie.
Czy „talent do kart" daje wyłączne prawo do zarobionych dzięki niemu pieniędzy?
Dziś na warsztacie przypadek, który brzmi trochę jak scenariusz amerykańskiego filmu, a to po prostu nasza polska rzeczywistość.
W sprawach o podział majątku często słyszę: „Przecież to oczywiste, że to moje”.
Jednak w polskim prawie rodzinnym słowo „oczywiste” to najkrótsza droga do procesowej porażki. 🤷🏻‍♀️
Mąż – stały bywalec kasyn, domagał się po rozwodzie zwrotu połowy fortuny, którą „wykręcił” na zielonym suknie.
Żona, jak może się domyślacie, miała w tej kwestii inne zdanie 😉
Pan stanął przed sądem i z pełnym przekonaniem oznajmił:

„Wysoki Sądzie, te miliony zainwestowane w dom to mój majątek osobisty!
Po pierwsze, wygrywałem tylko dzięki moim unikalnym zdolnościom analitycznym.
To była kwestia moich osobistych talentów, ponadprzeciętnego umysłu i własnego systemu gry.

Po drugie, grałem za pieniądze, które dostawałem w darowiznach od rodziców. Zgodnie z zasadą surogacji, zamieniłem po prostu gotówkę od mamy na żetony, a żetony na fortunę.
Moja praca, moja głowa, moja kasa.”
Pani skwitowała to krótko:
„Po pierwsze, drogi były mężu, hazard to nie nauka, a wygrana w kasynie to nie Nagroda Nobla.

Po drugie, nawet jeśli mama dawała Ci na wejściówkę, to wygrana jest jak czynsz z wynajmowanego mieszkania, które dostałeś w spadku – to po prostu dochód, który w ustawowej wspólności jemy wspólną łyżką.”
👉🏻Kto miał rację w tym pojedynku?
Sąd, choć niewątpliwie docenił zdolności i pewność siebie utalentowanego małżonka, musiał trzymać się przepisów Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego.

I tu zaczęły się schody.

1️⃣ Czy wygrana to „nagroda za osobiste osiągnięcia”? (Art. 33 pkt 8 KRO)
Sąd Najwyższy jest w tej kwestii nieugięty.
Osobiste osiągnięcie to medal olimpijski albo nagroda literacka – coś, co wymaga wybitnych przymiotów ducha lub umysłu. Wygrana w kasynie, choćby poparta matematycznym systemem, nie jest „nagrodą za osobiste osiągnięcia”.
Sąd Najwyższy (np. w sprawie I CSK 515/12) rezerwuje ten termin dla wybitnych dokonań twórczych czy sportowych. Kasyno to wciąż – w oczach prawa – sfera zysku, a nie zasługi.
Także przykro mi, bycie „królem pokerowego stołu” to dla prawa wciąż po prostu szczęśliwy traf.
2️⃣ Pułapka surogacji i pożytków.
Mąż krzyczy: „Surogacja! (Art. 33 pkt 10 KRO) Zamieniłem darowiznę na wygraną!”. Prawnik odpowiada: „Błąd!”.
Nawet jeśli postawiłeś pieniądze z majątku osobistego (np. z darowizny), to wygrana nie jest „zamianą” tego składnika, ale pożytkiem cywilnym (dochodem).
A zgodnie z art. 31 § 2 pkt 2 KRO, dochody z majątku osobistego każdego z małżonków... wchodzą w skład majątku wspólnego.
W tej konkretnej sprawie sąd stał przed dylematem: czy uznać „profesjonalnego gracza” za twórcę, czy za beneficjenta szczęśliwego trafu?
Orzecznictwo jest tu surowe dla hazardzistów. Sąd Najwyższy w postanowieniu z dnia 24 marca 1975 r. (III CRN 3/75) wyraźnie sugerował, że tylko tam, gdzie decydują przymioty osobiste i wiedza (a nie ślepy los czy statystyka hazardowa), możemy mówić o majątku osobistym.
Wniosek? W małżeństwie granica między „moje” a „nasze” bywa niezwykle płynna, a próba ratowania majątku wymaga precyzji w dowodzeniu pochodzenia prawie każdej złotówki.
Mąż w tej historii zagrał va banque, ale zapomniał, że w sądzie rodzinnym karty rozdaje ustawodawca, a ten rzadko bywa sentymentalny, nawet dla „wybitnie utalentowanych” graczy.
Treść ma charakter edukacyjny. Jeśli Twój małżonek właśnie rozbił bank (albo Ty to zrobił_ś) i zastanawiasz się, co na to kodeksy – zapraszam na konsultacje.
Rozgryzamy takie orzechy zawodowo. 💪🏻👩🏻‍⚖️

Posłajko

Widziałam w sądach wiele zwrotów akcji, ale ten wgniótł wszystkich w sądowe ławyOto historia, która - jako zajmująca pod...
24/12/2025

Widziałam w sądach wiele zwrotów akcji, ale ten wgniótł wszystkich w sądowe ławy

Oto historia, która - jako zajmująca podium w kategorii najbardziej emocjonalnych przygód 2025 roku - miała być opublikowana na sam koniec, ale z uwagi na wypadającą dziś wigilię uznałam, że będzie to opowieść w sam raz na tę okazję.

Na początku był miał być rozwód z hukiem.
Zarzuty, emocje, lata żalu upchnięte w kilkunastu pismach procesowych.

Był mój klient, który nie chciał się rozwodzić, i była druga strona, która chciała jego wyłącznej winy. Koniecznie.

Niezależnie od tego, że sąd delikatnie sugerował:
„Może w tej sytuacji, gdy widać niedoskonałości postaw małżeńskich obu stron, jednak zdecydują się Państwo na porozumienie?”

I niezależnie od tego, że przy każdej możliwej okazji, gdy widywałam się z pełnomocnikiem drugiej strony, zachęcałam do ugody, wyłuszczałam zyski i straty tkwienia w procesie i zakończenia go porozumieniem.

Nie było szans.
Każda ze stron trwała przy swoim zdaniu. Powódka oczekiwała orzeczenia o wyłącznej winie jej męża, a pozwany wprawdzie godził się na rozwód, ale z winy obu stron, a tak naprawdę to nie chciał rozwodu wcale.

Było więc dużo pisania, jeszcze więcej rozmów i trochę nieprzespanych nocy.

Bo kiedy klient mówi:
„Ja ją nadal kocham… Nie da się tego racjonalnie wyjaśnić w mojej sytuacji, ale nie chcę walczyć z tym uczuciem”,
to serce mięknie, a paragrafy jakoś same schodzą na drugi plan.

I nagle na jednej z rozpraw następuje zwrot akcji: strony doszły do wniosku, że rozwiodą się za porozumieniem.
Bez winy.
Pomyślałam:
„Dobrze. To była długa, ale sensowna droga”.

Ale na tej samej rozprawie dzieje się wkrótce coś niebywałego.
Podczas przesłuchania stron, które w związku z ugodą było w tamtym momencie już tylko formalnością, wychodzi na jaw, że oni obydwoje się kochają.
Że każde z nich przechodziło przez własne trudności, które w trakcie postępowania o rozwód udało im się usunąć; sytuacja po obu stronach jest już inna niż była w czasie wszczęcia rozwodu.

Sąd nie traci czujności. Dopytuje kolejny już raz, czy decyzja o rozwodzie jest przemyślana i ostateczna.
I nagle dzieje się coś, co wbija mnie w ławkę…

Oni do siebie wrócili.
Po prostu: zeszli się. Na serio.

Czy to była porażka?

Jeśli mierzyłabym swoje zawodowe sukcesy liczbą wyroków rozwodowych na koncie, to pewnie tak 🙂

Ale kiedy przyglądam się ludziom i widzę, jak czasem gruby pancerz potrafią zbudować z wzajemnych zadr i traum, a jak duże kryją się pod takim pancerzem potrzeby bliskości, to nie mam wątpliwości, że każde jego odsłonięcie jest czymś wspaniałym.

Jak widać, czasem najdłuższa droga przez sąd prowadzi… z powrotem do domu.

Pamiętajmy o tym zwłaszcza w dniu, w którym wszyscy, którzy zmagamy się z różnymi problemami w relacjach, ponownie zastanawiamy się, czy jest sens spróbować jeszcze raz.

WESOŁYCH ŚWIĄT! 🎄🫶🎄

Posłajko

Fabryki opinii, czyli jak produkuje się rzeczywistość, łamiąc kręgosłupy i przy okazji przepisyW tym roku po raz kolejny...
23/12/2025

Fabryki opinii, czyli jak produkuje się rzeczywistość, łamiąc kręgosłupy i przy okazji przepisy

W tym roku po raz kolejny miałam (nie)przyjemność zajmować się sprawą pracownicy skrzywdzonej przez tzw. agencję promocji i reklamy (biznesy te określają się też jako agencje digital marketingu, agencje social media, agencje opiniotwórcze itp.).
Nie chodzi zresztą o nazwy, lecz o firmy, które pod przykrywką tworzenia treści PR-owych, reklamowych i marketingowych, zajmują się generowaniem opinii na zamówienie.

A ponieważ sama należę do pokolenia, które wybiera fachowców czy produkty kierując się opiniami w sieci, a jednocześnie doznałam głębokiego szoku, gdy poznałam od podszewki praktyki stosowane przez wyżej wymienione podmioty wobec pracowników oraz nas – uczestników rynku, i mając świadomość, że osoby funkcjonujące w takim środowisku nie odważą się mówić o tym publicznie z obawy przed surowymi karami za ujawnienie tajemnic, to uznałam, że ja Wam o tym opowiem ku przestrodze.

🔽🔽🔽
Jest młody człowiek, dopiero rozglądający się na rynku pracy, najczęściej student (świeży umysł, płaca brutto=netto, dyspozycyjność, nieznajomość przepisów i rynku pracy -> idealny kandydat).

Człowiek szuka przyszłościowej pracy w marketingu lub reklamie i oto trafia do agencji, o której po rozmowie rekrutacyjnej z przebojową managerką nie myśli już inaczej niż jak o raju na ziemi.
Zwykle zaczyna się bardzo miękko, niemal troskliwie, jakby ktoś naprawdę chciał młodemu człowiekowi zrobić przysługę: „To świetny start”, „pracujemy z dużymi markami, ale na razie nie możemy zdradzić jakimi”, „u nas nauczysz się marketingu od środka”.
A potem ten „środek” okazuje się wielkim open spacem, z zegarem uruchamianym razem z komputerem i z listą zadań, które nie mają nic wspólnego ani z marketingiem, ani z kreatywnością, ani z jakimkolwiek sensownym rozwojem.

🔽🔽🔽
💡Na czym naprawdę polega ta praca

„Masz pisać tak, jakbyś używała tego produktu/korzystała z usług tej firmy od lat.
Nieważne, że nie masz pojęcia o ich istnieniu”

Praca polega na tym, że najpierw przez 4-5 godzin dziennie produkuje się fałszywie pozytywne, entuzjastyczne opinie o wskazanych produktach, usługach albo firmach, używając słów-kluczy, które mają „dobrze wyglądać w algorytmach”.
Następnie — w ramach tego samego dnia pracy — siada się do pisania opinii fałszywie negatywnych: mających miażdżyć konkurencję, oczywiście różnymi słowami, innym stylem, inną „osobowością”, bo przecież wszystko musi wyglądać naturalnie.

Naturalność jest tu jednak pojęciem względnym.
Masz być pomysłowy, ale wyrabiać się w narzuconym tempie.
Masz się angażować, ale bez zadawania niewygodnych pytań.

Każda minuta jest mierzona.
Każda przerwa musi się „bilansować”.

Masz płacone za każdą godzinę, ale tak naprawdę to nie za każdą, ale tylko za taką, w której liczba wygenerowanych opinii zgadza się co do sztuki. Jeśli się nie zgadza — cała godzina pracy znika. Dla firmy jej nie było.

Nad tym wszystkim unosi się głos jeszcze niedawno przebojowej managerki, która bardzo lubi mówić o sobie jako o „wizjonerce branży”, a do zespołu zwraca się mniej więcej tak:
„Ja na waszym miejscu dziękowałabym, że w ogóle macie tu szansę”,
„Rynek jest trudny, na wasze miejsce czeka dziesięciu innych”,
„Jak się nie wyrabiacie, to znaczy, że to nie jest praca dla ambitnych”,
„U nas się nie płacze, u nas się dowozi”.
🤦🏻‍♀️🤦🏻‍♀️🤦🏻‍♀️

🔽🔽🔽
💡Jak w tym wszystkim „działa” prawo pracy

Umowę na papierze dostajesz dopiero po miesiącu i to o ile „się sprawdzisz”.
Wcześniej musisz za to podpisać dziesiątki kwitków o tym, że będziesz przestrzegać tajemnicy, zakazu konkurencji i że za ich złamanie zapłacisz po 1 mln zł od pojedynczego naruszenia.

Pierwszy miesiąc bywa nazywany szkoleniem, za które — o ironio — trzeba zapłacić samemu, bo jego koszt zostaje potrącony później z Twoich zarobków, które były na papierze, ale zostały zaliczone na poczet ceny szkolenia.
Wszelkie rozmowy o pieniądzach kwitowane są sugestią, że „trzeba patrzeć perspektywicznie”, bo przecież „awans jest tuż-tuż”.
Oczywiście w 99% nie ma żadnych awansów. Są za to obietnice mające ludzi motywować do pracy, do pozostania w firmie pomimo, że chciałoby się z niej dawno odejść.
Ale strach działa skutecznie.

I kiedy po kilku tygodniach albo miesiącach ktoś orientuje się, że nie tylko nie zarabia, ale jeszcze wychodzi z tej pracy emocjonalnie poturbowany, z przekonaniem, że widocznie „za wolno myśli” albo „za mało potrafi”, to często pierwszą reakcją nie jest złość — tylko wstyd.

🔽🔽🔽
💡Co ta praca robi z ludźmi — i z rynkiem

W perspektywie indywidualnej największą szkodą w działaniu takich firm jest całkowity brak przestrzegania prawa pracy - pracownik nie ma poczucia stabilności zatrudnienia ani bezpieczeństwa finansowego, gdy co miesiąc dowiaduje się, że z wypłaty potrącono mu kolejne kwoty tytułem abstrakcyjnych kar, a iluś godzin pracy nie zaliczono z uwagi na niewyrobienie liczby wpisów.

Do tego wymaganie kreatywności stoi w sprzeczności z rozliczaniem każdej minuty na zegarku.

Do tego mobbing, niespełnione obietnice podwyżek, awansu.

Człowiek, któremu dzień po dniu każe się pisać rzeczy sprzeczne z własnym doświadczeniem, zdrowym rozsądkiem i elementarnym poczuciem przyzwoitości, zaczyna bardzo szybko wątpić, czy jego własne odczucia w ogóle mają znaczenie.

A kiedy ośmieli się spytać — słyszy, że jest „zbyt wrażliwy”, „mało elastyczny” albo „niepasujący do zespołu”.

To system oparty na ciągłym zawieszeniu: jeszcze nie jesteś pracownikiem, ale już masz obowiązki; jeszcze się uczysz, ale już odpowiadasz za wynik; jeszcze możesz awansować, więc lepiej nie zadawaj kłopotliwych pytań.

Ale spójrzmy na to też z perspektywy rynku: jako jego uczestnicy dostajemy zalew treści, które udają spontaniczne rekomendacje, a w rzeczywistości są produktem masowym.
W efekcie przegrywają uczciwi fachowcy, którzy latami budowali reputację.
Znikają dobre firmy, spychane w internetowy niebyt przez masowe, negatywne narracje produkowane hurtowo.

W tym sensie ofiarą tej pracy nie jest tylko osoba zatrudniona na śmieciowej umowie.
Ofiarami jesteśmy wszyscy, bo wszyscy kupujemy, zamawiamy, wybieramy specjalistów i usługi, opierając się na opiniach, które miały być drogowskazem, a coraz częściej są produktem taśmowym.

🔽🔽🔽
💡Dlaczego ta historia nie jest jednostkowa

To nie jest opowieść o jednym dziadowskim miejscu ani o jednym „złym pracodawcy”. To opis mechanizmu, który łączy w sobie presję psychiczną, obchodzenie prawa pracy i systemowe fałszowanie obrazu rzeczywistości, na którym tracimy wszyscy.

➡️Dlatego bardzo Was Kochani proszę:

- miejcie świadomość, że to, co czytacie o firmach i produktach w sieci, to bardzo często ściema. Nie tylko na Google, ale też na forach, grupach tematycznych i wszędzie tam, gdzie myślicie, że piszą opinie prawdziwi użytkownicy. Pseudoagencje digitalowe już nas przechytrzyły i są wszędzie tam, gdzie byśmy się ich nie spodziewali;

- podnoście ten temat w domach, uczulajcie swoje dorastające dzieci i bliskich, zwłaszcza tych wchodzących na rynek pracy, ale i starszych, żeby trzymali się z dala od tego ścieku, w którym traktuje się ludzi jak niewolników i zmusza do naruszania prawa. Napomknę tylko, że tworzenie opinii na zamówienie stanowi według obecnych przepisów nieuczciwą praktykę rynkową (zagrożoną wysokimi karami finansowymi dla przedsiębiorcy) i czyn nieuczciwej konkurencji (podlegający karze aresztu lub grzywny).

Bywajcie zdrowi na te Święta! 🎄🫶🏻🎄
(A już jutro kolejny odcinek opowieści z serii "10 historii na 10 ostatnich dni roku”)
Do zobaczenia! 👋🏻

Posłajko

Czy można okłamywać adwokata?(Spoiler: można. Pytanie brzmi – po co?)Zdarzają się takie momenty w pracy adwokata, kiedy ...
22/12/2025

Czy można okłamywać adwokata?

(Spoiler: można. Pytanie brzmi – po co?)

Zdarzają się takie momenty w pracy adwokata, kiedy historia klienta brzmi… zbyt dobrze.
Albo raczej: zbyt źle, żeby była prawdziwa.

Przychodzi klient - kierownik w firmie z branży produkcji spożywczej i mówi mniej więcej tak (szczegóły zmienione, emocje autentyczne):
– Przez ponad 10 lat pracowałem bez umowy, ale jak na etacie.
– Nadgodziny? Oczywiście. Łącznie 220–240 godzin pracy miesięcznie.
- Płatne? Oczywiście, że nie.
A od 11 miesięcy… zero wypłat.
A potem zwolnienie z dnia na dzień.

Na papierze: klasyczna historia o niesprawiedliwości, która aż prosi się o pozew (albo nawet dwa pozwy).
W praktyce, doświadczonemu prawnikowi od prawa pracy powinna zapalić się czerwona lampka, która być może ocali człowieka przed wpakowaniem się w proces, który od początku bardzo źle rokuje.

Bo kiedy ktoś mówi, że przez wiele miesięcy nie dostawał żadnych pieniędzy, a mimo to codziennie przychodził do pracy (i jeszcze robił po 220–240 godzin miesięcznie), to ja – zamiast szykować pełnomocnictwo – zadaję jedno, dość nieprzyjemne pytanie:

„Z czego Pan żył przez ten czas i dlaczego dalej Pan tam pracował?”

Odpowiedzi są zwykle podobne: „Pożyczałem od rodziny.”, „Wierzyłem szefowi.”, „Nie chciałem stracić pracy.”

I wtedy robię rzecz, która nie jest ani miła, ani wygodna – mówię, jak to naprawdę wygląda z perspektywy sądu.

Mówię wprost, że to się nie składa. Że wersja „zero pieniędzy przez prawie rok” nie obroni się dowodowo. Że wygląda to bardziej tak, jakby przez większość okresu zatrudnienia w tej firmie pracownik był umówiony z pracodawcą, że część pieniędzy będzie otrzymywał pod stołem, a z jakiegoś powodu, od jakiegoś czasu pracodawca zaczął wszystko płacić gotówką. Zapewne czegoś pracownikowi nie dopłacił, a na koniec rozwiązał z nim umowę ze skutkiem natychmiastowym.


Naturalnie pracownik czuje się skrzywdzony niedopłatą i zwolnieniem go z pracy (trudno mu się dziwić), ale teraz w akcie zemsty chciałby wykorzystać fakt, że pracodawca nie ma dokumentów potwierdzających wypłaty przez ostatnie miesiące, i dochodzić ich sądownie razem z odszkodowaniem za bezprawne zwolnienie i zapłatą za nadgodziny.

A sąd nie jest miejscem na dochodzenie roszczeń nieistniejących i zbudowanych wyłącznie na chęci zemsty.
Należy przeanalizować fakty oraz dostępne dowody i wybrać, które nadają się na pozew, a które nie.

Ludziom zdarza się kłamać, koloryzować, „podkręcać fakty”. Trochę dla efektu. Trochę może z bezsilności.
Trochę z potrzeby, „żeby ten łotr, który wykorzystał ich dobroć, wreszcie zapłacił”.

Ale u adwokata jest prawie jak u księdza czy u lekarza.

Mówisz mu szczerze, jak było, a on Ci z tego wybierze, które fakty wykorzysta na Twoją korzyść, a które poleci przemilczeć.

Na tej podstawie przedstawi Ci możliwości i ryzyka, z których wystąpieniem powinieneś się liczyć, oraz wypunktuje te, które są raczej mało prawdopodobne.
To są elementy tzw. strategii prowadzenia sporu.

Adwokat nie jest od tego, żeby Cię oceniać. On ma za zadanie działać w Twoim interesie, nawet kosztem własnych korzyści lub konsekwencji, które może ponieść.

(Możesz teraz pomyśleć, że ładnie się mówi, ale masz doświadczenie z sądem i współpraca z Twoim pełnomocnikiem tak nie wyglądała. A ja Ci na to odpowiem, że rozumiem, bo też miewam swoje sprawy w sądzie i pomimo "siedzenia w branży" i pomimo dobrego researchu, byłam rozczarowana postawą mojego pełnomocnika.
I mówi się trudno - nie każdy facet z widłami to Posejdon i nie każdy prawnik nadaje się do swojej pracy. W takich chwilach można się denerwować, ale nie można się poddawać. Trzeba szukać dalej, współpracować i wymagać uczciwości i zaangażowania).

Oczywiście masz też prawo mówić nieszczerze, ale nie miej pretensji, gdy w trakcie negocjacji czy na sali sądowej nagle wybije szambo.

Bo jeśli strategia była zbudowana w oparciu o fałszywe dane, to fundament jest słaby.

A gdy stawiasz dom na słabym fundamencie, to nigdy nie wiesz, kiedy Twoja budowla runie, pochłaniając masę kosztów i energii.

💪🏻🎄💪🏻

(A już jutro kolejny odcinek opowieści z serii "10 historii na 10 ostatnich dni roku" 😊😊😊
Cieszę się, że ze mną jesteście! Do zobaczenia! 👋🏻

Ewelina

Dwaj bracia.Dwie firmy z rodzinną tradycją.Jedno miasto.Biznes usługowy, prowadzony od pokoleń.Najpierw dziadek.Potem oj...
21/12/2025

Dwaj bracia.
Dwie firmy z rodzinną tradycją.
Jedno miasto.

Biznes usługowy, prowadzony od pokoleń.
Najpierw dziadek.
Potem ojciec.
Potem równolegle z ojcem firmę o takim samym profilu otwiera starszy syn (nazwijmy go Maciej).

A potem przychodzi moment, w którym ktoś musi podjąć decyzję — a ktoś inny musi się z nią pogodzić.

Firmy ojca i Macieja miały niemal identyczne nazwy.
Marka była rozpoznawalna, solidna, rodzinna.
I właśnie dlatego była tak bardzo wartościowa.

Maciej był przekonany, że to on przejmie biznes ojca, gdy ojciec przejdzie na emeryturę.
Nie, że tak „chciał”.
Był tego pewien.

Tyle, że wizje biznesowe rodziców nie zawsze idą w parze z wizjami dzieci.

Odchodząc na emeryturę, ojciec przekazał biznes drugiemu bratu — Pawłowi.
Bo uznał, że tak będzie najlepiej.

A ojcowie, jak wiadomo, często podejmują decyzje, które:
– w ich głowie są racjonalne,
– a w głowach dzieci brzmią jak „ZDRADA STULECIA”.

Maciej nie był gotowy na ten scenariusz.

Na zewnątrz zachowywał się prawie jak wcześniej: poprawność, współpraca z Pawłem, uśmiechy.

W tle: wniosek do urzędu patentowego.
Cichy, formalnie poprawny ruch, który miał dać mu wyłączność na nazwę budowaną przez całą rodzinę.

Tak, Maciej — po cichu, bez informowania brata — postanowił zastrzec nazwę firmy.
Nazwę, którą budowała CAŁA rodzina przez DEKADY.
Bo skoro nie dostał firmy, to może dostanie chociaż… markę?

To są właśnie te momenty, kiedy prawo przestaje być abstrakcyjne.
Bo nagle dotyczy nazwisk, wspomnień, poczucia niesprawiedliwości i bardzo realnych pieniędzy.

Paweł dowiedział się w porę — w okresie sprzeciwowym.
I wtedy trafił do mnie.

Miał trzy wyjścia.
Każde trudne.
Żadne idealne.

1️⃣ Walczyć o unieważnienie zastrzeżonego znaku (drogo, długo, emocjonalnie jak reality show, po wygranej rozłam w rodzinie do końca życia);
2️⃣ Zmienić nazwę własnej firmy i wyrzucić do kosza rozpoznawalność budowaną przez dziadka i ojca.
3️⃣ Dogadać się z bratem.
Opcja teoretycznie najlepsza.
Praktycznie — psychologiczny hardcore.

Paweł wybrał negocjacje.
Odważnie.

Macieja również reprezentował adwokat.
Obiecał projekt umowy.
Minął tydzień.
Potem drugi.
Potem kilka.
Projektu brak.

Więc przygotowaliśmy go sami.

I wtedy zaczęły się rozmowy, które…
no…
szły źle.

Nasz projekt umowy został rozebrany na czynniki pierwsze.
Zarzuty dotyczące rzekomych błędów sypały się jak konfetti, a mój faworyt to zmiana TYTUŁU umowy, bo ten zaproponowany przez nas był „niepoprawny”.

W tym momencie wiedziałam już wszystko.
To nie były negocjacje.
To była gra na zmęczenie przeciwnika.

W takich chwilach muszę oddzielić emocje klienta od strategii, a jednocześnie tych emocji nie zignorować.

Były długie rozmowy.
Były momenty zmęczenia.
Były chwile, w których miałam wrażenie, że po drugiej stronie nikt nie chce rozwiązania — tylko przewagi.

To jest ta część, w której nie wystarczy znać przepisy.
Trzeba umieć powiedzieć „dość”,
postawić granice,
wytrzymać napięcie.

A potem — bardzo powoli — coś zaczęło się zmieniać.

Po wielu mocnych wymianach uwag.
Po nazwaniu rzeczy wprost.

Udało się.

Bracia zawarli umowę.
Ustalili zasady wspólnego korzystania z nazwy.

💪🏻Obydwa biznesy przetrwały.
🌷Rodzina — w takiej formie, na jaką była gotowa.

To jedna z historii, które zabieram ze sobą z 2025 roku.

Jedna z tych, które przypominają, że w mojej pracy nie da się być „tylko technicznie poprawnym”.

Bo prawo bardzo rzadko dotyczy wyłącznie paragrafów, ale też ambicji, poczucia krzywdy, rodzinnych dramatów i emocji zamiatanych pod dywan przez całe pokolenia.

I jeden z powodów, dla których wierzę, że czasem największą wygraną jest to, że nie trzeba było wszystkiego spalić po drodze.

🫶🌷🫶

Posłajko

20/12/2025

Podróż przez rok 2025 powoli się kończy.

Dla jednych w końcu, dla innych nieuchronnie.

Niezależnie, czy nam się to podoba, zbliżamy się do lądowania ✈️

Zapnijcie pasy, bo na najbliższe dni przygotowałam dla Was mocne doznania 👌🏻💪🏻


Posłajko

Moja Kancelaria kończy dziś 12 lat! 🥳Jak na nastolatkę przystało, czasem bywa humorzasta (szczególnie w poniedziałki), m...
23/10/2025

Moja Kancelaria kończy dziś 12 lat! 🥳

Jak na nastolatkę przystało, czasem bywa humorzasta (szczególnie w poniedziałki), ma swoje zdanie na każdy temat (zwłaszcza w sprawach prawnych), i uważa, że wie lepiej.

Ostatnio zaczęła bardziej dbać o swój wizerunek w social mediach, wydaje więcej na „nowe ciuchy” (czyt. rozwój biura) niż na jedzenie, i regularnie zamyka się w pokoju z laptopem twierdząc, że „pracuje nad ważnym problemem”.

Ma okresy, kiedy jest pełna energii i chciałaby zmieniać świat (szczególnie polski system prawny), a chwilę później pada z nóg i potrzebuje przerwy. Czasem wydaje mi się, że przy życiu trzymają ją tylko kawa i terminy.

Ale mimo tych nastoletnich fanaberii, jestem z niej niesamowicie dumna!
Dorasta w piekną, dojrzałą firmę, która wie czego chce i dokąd zmierza. 🥹🥹💪🏻💪🏻💪🏻

P.S. Podobno największe rewolucje okresu dojrzewania dopiero przed nami, a ja tak bardzo chciałabym, żeby jak najdłużej została dokładnie taka, jak jest teraz - z jej wartościami, wysoką kulturą, energią, przyjaciółmi…🫣🥹

Posłajko

09/10/2025

Na pewno znacie te historie o tym, jak - dotąd nieobecny lub prawie nieobecny w życiu dziecka - tatuś odpala się w trakcie rozwodu.
Jak to on kocha.
Jakim on jest wspaniałym ojcem.
Jak to on zapewni dziecku lepszy dom niż mama.

Nieważne, że nie wie o swoim dziecku nic lub prawie nic. W trakcie rozwodu doznaje objawienia. Nie ma problemu z tym, by bezwzględnie manipulować dzieckiem, obiecać mu wszystko bez drgnięcia powieką, byle tylko poszło mieszkać do niego.
Byle pokazać się jak najlepiej przed sądem.
Byle nie płacić alimentów/płacić jak najniższe. 😏🤦🏻‍♀️

A wiecie, co pokazuje moje doświadczenie? Że kiedy kończą się sprawy rozwodowe, kiedy kończy się zainteresowanie sądu sytuacją rodzinną, taki "rozwodowy tatuś" porzuca swoją rolę troskliwego i zaangażowanego opiekuna równie szybko, jak się w nią wcielił.

Fakty są takie, że dziecko potrzebuje bliskiej relacji z rodzicem i ŻADNA pokazówka, nawet ta odstawiana latami przez czas trwania postępowania w sądzie, tego nie zmieni.

Dziecko rośnie i nie zapomina, do tego coraz więcej rozumie.
Życie pięknie pokazuje, kto jest prawdziwym rodzicem, a kto tylko odgrywał rolę na tej sądowej scenie. 💪🏻

�I jeszcze do wszystkich tatusiów z krwi i kości, którzy mogą się poczuć dotknięci szufladkowaniem: to nie jest historia o Was

Adres

Aleja Pokoju 1, Biurowiec K1, XI-XII P
Kraków
31-548

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 09:00 - 20:00
Wtorek 09:00 - 20:00
Środa 09:00 - 20:00
Czwartek 09:00 - 20:00
Piątek 09:00 - 20:00

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy LEGALWAYS Kancelaria Prawna umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do LEGALWAYS Kancelaria Prawna:

Udostępnij