23/12/2025
Fabryki opinii, czyli jak produkuje się rzeczywistość, łamiąc kręgosłupy i przy okazji przepisy
W tym roku po raz kolejny miałam (nie)przyjemność zajmować się sprawą pracownicy skrzywdzonej przez tzw. agencję promocji i reklamy (biznesy te określają się też jako agencje digital marketingu, agencje social media, agencje opiniotwórcze itp.).
Nie chodzi zresztą o nazwy, lecz o firmy, które pod przykrywką tworzenia treści PR-owych, reklamowych i marketingowych, zajmują się generowaniem opinii na zamówienie.
A ponieważ sama należę do pokolenia, które wybiera fachowców czy produkty kierując się opiniami w sieci, a jednocześnie doznałam głębokiego szoku, gdy poznałam od podszewki praktyki stosowane przez wyżej wymienione podmioty wobec pracowników oraz nas – uczestników rynku, i mając świadomość, że osoby funkcjonujące w takim środowisku nie odważą się mówić o tym publicznie z obawy przed surowymi karami za ujawnienie tajemnic, to uznałam, że ja Wam o tym opowiem ku przestrodze.
🔽🔽🔽
Jest młody człowiek, dopiero rozglądający się na rynku pracy, najczęściej student (świeży umysł, płaca brutto=netto, dyspozycyjność, nieznajomość przepisów i rynku pracy -> idealny kandydat).
Człowiek szuka przyszłościowej pracy w marketingu lub reklamie i oto trafia do agencji, o której po rozmowie rekrutacyjnej z przebojową managerką nie myśli już inaczej niż jak o raju na ziemi.
Zwykle zaczyna się bardzo miękko, niemal troskliwie, jakby ktoś naprawdę chciał młodemu człowiekowi zrobić przysługę: „To świetny start”, „pracujemy z dużymi markami, ale na razie nie możemy zdradzić jakimi”, „u nas nauczysz się marketingu od środka”.
A potem ten „środek” okazuje się wielkim open spacem, z zegarem uruchamianym razem z komputerem i z listą zadań, które nie mają nic wspólnego ani z marketingiem, ani z kreatywnością, ani z jakimkolwiek sensownym rozwojem.
🔽🔽🔽
💡Na czym naprawdę polega ta praca
„Masz pisać tak, jakbyś używała tego produktu/korzystała z usług tej firmy od lat.
Nieważne, że nie masz pojęcia o ich istnieniu”
Praca polega na tym, że najpierw przez 4-5 godzin dziennie produkuje się fałszywie pozytywne, entuzjastyczne opinie o wskazanych produktach, usługach albo firmach, używając słów-kluczy, które mają „dobrze wyglądać w algorytmach”.
Następnie — w ramach tego samego dnia pracy — siada się do pisania opinii fałszywie negatywnych: mających miażdżyć konkurencję, oczywiście różnymi słowami, innym stylem, inną „osobowością”, bo przecież wszystko musi wyglądać naturalnie.
Naturalność jest tu jednak pojęciem względnym.
Masz być pomysłowy, ale wyrabiać się w narzuconym tempie.
Masz się angażować, ale bez zadawania niewygodnych pytań.
Każda minuta jest mierzona.
Każda przerwa musi się „bilansować”.
Masz płacone za każdą godzinę, ale tak naprawdę to nie za każdą, ale tylko za taką, w której liczba wygenerowanych opinii zgadza się co do sztuki. Jeśli się nie zgadza — cała godzina pracy znika. Dla firmy jej nie było.
Nad tym wszystkim unosi się głos jeszcze niedawno przebojowej managerki, która bardzo lubi mówić o sobie jako o „wizjonerce branży”, a do zespołu zwraca się mniej więcej tak:
„Ja na waszym miejscu dziękowałabym, że w ogóle macie tu szansę”,
„Rynek jest trudny, na wasze miejsce czeka dziesięciu innych”,
„Jak się nie wyrabiacie, to znaczy, że to nie jest praca dla ambitnych”,
„U nas się nie płacze, u nas się dowozi”.
🤦🏻♀️🤦🏻♀️🤦🏻♀️
🔽🔽🔽
💡Jak w tym wszystkim „działa” prawo pracy
Umowę na papierze dostajesz dopiero po miesiącu i to o ile „się sprawdzisz”.
Wcześniej musisz za to podpisać dziesiątki kwitków o tym, że będziesz przestrzegać tajemnicy, zakazu konkurencji i że za ich złamanie zapłacisz po 1 mln zł od pojedynczego naruszenia.
Pierwszy miesiąc bywa nazywany szkoleniem, za które — o ironio — trzeba zapłacić samemu, bo jego koszt zostaje potrącony później z Twoich zarobków, które były na papierze, ale zostały zaliczone na poczet ceny szkolenia.
Wszelkie rozmowy o pieniądzach kwitowane są sugestią, że „trzeba patrzeć perspektywicznie”, bo przecież „awans jest tuż-tuż”.
Oczywiście w 99% nie ma żadnych awansów. Są za to obietnice mające ludzi motywować do pracy, do pozostania w firmie pomimo, że chciałoby się z niej dawno odejść.
Ale strach działa skutecznie.
I kiedy po kilku tygodniach albo miesiącach ktoś orientuje się, że nie tylko nie zarabia, ale jeszcze wychodzi z tej pracy emocjonalnie poturbowany, z przekonaniem, że widocznie „za wolno myśli” albo „za mało potrafi”, to często pierwszą reakcją nie jest złość — tylko wstyd.
🔽🔽🔽
💡Co ta praca robi z ludźmi — i z rynkiem
W perspektywie indywidualnej największą szkodą w działaniu takich firm jest całkowity brak przestrzegania prawa pracy - pracownik nie ma poczucia stabilności zatrudnienia ani bezpieczeństwa finansowego, gdy co miesiąc dowiaduje się, że z wypłaty potrącono mu kolejne kwoty tytułem abstrakcyjnych kar, a iluś godzin pracy nie zaliczono z uwagi na niewyrobienie liczby wpisów.
Do tego wymaganie kreatywności stoi w sprzeczności z rozliczaniem każdej minuty na zegarku.
Do tego mobbing, niespełnione obietnice podwyżek, awansu.
Człowiek, któremu dzień po dniu każe się pisać rzeczy sprzeczne z własnym doświadczeniem, zdrowym rozsądkiem i elementarnym poczuciem przyzwoitości, zaczyna bardzo szybko wątpić, czy jego własne odczucia w ogóle mają znaczenie.
A kiedy ośmieli się spytać — słyszy, że jest „zbyt wrażliwy”, „mało elastyczny” albo „niepasujący do zespołu”.
To system oparty na ciągłym zawieszeniu: jeszcze nie jesteś pracownikiem, ale już masz obowiązki; jeszcze się uczysz, ale już odpowiadasz za wynik; jeszcze możesz awansować, więc lepiej nie zadawaj kłopotliwych pytań.
Ale spójrzmy na to też z perspektywy rynku: jako jego uczestnicy dostajemy zalew treści, które udają spontaniczne rekomendacje, a w rzeczywistości są produktem masowym.
W efekcie przegrywają uczciwi fachowcy, którzy latami budowali reputację.
Znikają dobre firmy, spychane w internetowy niebyt przez masowe, negatywne narracje produkowane hurtowo.
W tym sensie ofiarą tej pracy nie jest tylko osoba zatrudniona na śmieciowej umowie.
Ofiarami jesteśmy wszyscy, bo wszyscy kupujemy, zamawiamy, wybieramy specjalistów i usługi, opierając się na opiniach, które miały być drogowskazem, a coraz częściej są produktem taśmowym.
🔽🔽🔽
💡Dlaczego ta historia nie jest jednostkowa
To nie jest opowieść o jednym dziadowskim miejscu ani o jednym „złym pracodawcy”. To opis mechanizmu, który łączy w sobie presję psychiczną, obchodzenie prawa pracy i systemowe fałszowanie obrazu rzeczywistości, na którym tracimy wszyscy.
➡️Dlatego bardzo Was Kochani proszę:
- miejcie świadomość, że to, co czytacie o firmach i produktach w sieci, to bardzo często ściema. Nie tylko na Google, ale też na forach, grupach tematycznych i wszędzie tam, gdzie myślicie, że piszą opinie prawdziwi użytkownicy. Pseudoagencje digitalowe już nas przechytrzyły i są wszędzie tam, gdzie byśmy się ich nie spodziewali;
- podnoście ten temat w domach, uczulajcie swoje dorastające dzieci i bliskich, zwłaszcza tych wchodzących na rynek pracy, ale i starszych, żeby trzymali się z dala od tego ścieku, w którym traktuje się ludzi jak niewolników i zmusza do naruszania prawa. Napomknę tylko, że tworzenie opinii na zamówienie stanowi według obecnych przepisów nieuczciwą praktykę rynkową (zagrożoną wysokimi karami finansowymi dla przedsiębiorcy) i czyn nieuczciwej konkurencji (podlegający karze aresztu lub grzywny).
Bywajcie zdrowi na te Święta! 🎄🫶🏻🎄
(A już jutro kolejny odcinek opowieści z serii "10 historii na 10 ostatnich dni roku”)
Do zobaczenia! 👋🏻

Posłajko