08/04/2026
‼️ Przewodnicząca „przeprasza”: to radni i mieszkańcy nie zrozumieli, a „portale” miały siać chaos informacyjny‼️
Zamiast prostego przyznania się do błędu, dostaliśmy próbę odwrócenia ról: radni i mieszkańcy mieli nie zrozumieć intencji przewodniczącej, a media - wywołać chaos informacyjny. Problem w tym, że nagrania z sesji pokazują coś zupełnie innego.
26 marca odbyła się comiesięczna sesja Rady Miejskiej, a nagranie z niej zostało udostępnione tuż przed świętami. Ze zdziwieniem można było wysłuchać „przeprosin” pani Doroty Niedbałej, Przewodniczącej Rady Miejskiej w Grójcu, za kryzys w Radzie Miejskiej, który wybuchł po sesji z 19 lutego.
Nie dlatego, że same przeprosiny dziwią. Dziwi ich forma. Bo zamiast prostego: „popełniłam błąd”, usłyszeliśmy opowieść o „emocjach”, „niezrozumieniu pewnych intencji czy woli”, „interpretacji wypowiedzi i stawianiu fałszywych tez”. Do tego doszło oskarżenie, że „niektóre portale internetowe” miały „podsycać atmosferę takiego chaosu informacyjnego”, a rozmowy o blokowaniu wypowiedzi „wydają się śmieszne”.
To nie brzmi jak szczere przeprosiny. To brzmi jak próba przekonania wszystkich, że problemem nie było to, co wydarzyło się na sesjach, lecz to, że radni, mieszkańcy i media źle zrozumieli intencje przewodniczącej.
Dlaczego te „przeprosiny” nie są przeprosinami
➡️ Bo Przewodnicząca nie nazwała prawdziwego problemu.
➡️ Bo nie przyjęła odpowiedzialności.
➡️ Bo winę przerzucono na radnych, mieszkańców i media, sugerując, że „nie zrozumieli intencji”.
➡️ Bo próbuje się dziś przepisać historię, mimo że wszystko zostało nagrane i każdy może do tego wrócić.
➡️ Bo nawet późniejsze wypowiedzi burmistrza z 9 marca pokazują, że jednak coś było nie tak.
➡️ Bo skutkiem tego konfliktu była dalsza eskalacja, w tym sesja nadzwyczajna i odwołanie wiceprzewodniczącego Artura Szlisa.
Najbardziej razi język. Jeżeli o zarzutach radnych i mieszkańców mówi się, że są „śmieszne”, to nie jest to ton osoby, która naprawdę chce rozładować konflikt i ma refleksję nad swoim udziałem w jego powstaniu. Równie wymowne jest to, że Przewodnicząca nie odnosi się do realnego przebiegu sesji, do własnych słów i do sposobu traktowania radnych. Na sesji z 9 marca mówiła wprost: „Równocześnie taki stan rzeczy, jaki był na ostatniej sesji jest zgodny ze wszystkimi aktami prawnymi, z ustawą samorządową”.
Tyle że to nie odpowiada na pytanie, czy sesja została poprowadzona właściwie. A na pewno ostatni punkt 19 lutego nie brzmaił tak samo jak przewiduje statut Gminy Grójec.
🟡 Co naprawdę padło 19 lutego
Na sesji z 19 lutego Przewodnicząca powiedziała do radnego próbującego zadać ustne pytanie burmistrzowi: „To są pytania zadawane na piśmie” oraz „pytania stricte w cztery oczy tak jak mówiłam można zadać na komisjach”. Chwilę później dodała: „trzeba odróżnić wolne wnioski od pytania”.
To nie brzmi jak obrona prawa radnych do swobodnego wykonywania mandatu i przypomnienie o takich narzędziach jak interpelacja czy zapytanie. To brzmi jak zmuszanie do korzystania z tych narzędzi jako właściwie jedynej drogi do uzyskania odpowiedzi w sprawach ważnych dla mieszkańców. Innymi słowy: jak wyraźne wypychanie pytań z sesji — albo do komisji, albo do formy pisemnej.
Na tej samej sesji burmistrz dopowiadał: „Obecnie nie ma możliwości składania ustnie na sesjach interpelacji i zapytań”, a dalej: „W obecnym stanie prawnym radny może złożyć tylko pisemną interpelację i zapytanie”. Pada też bardzo praktyczna instrukcja: „Natomiast zapytania, czy lampa świeci, czy będzie świeciła, czy chodnik zostanie odświeżony, to trzeba złożyć na piśmie do urzędu”. W dalszej części mówił również, że nie chce być „przepytywany”, bo „to wygląda jak przesłuchanie burmistrza, a nie zadawanie pytań”.
I tu dochodzimy do rzeczy szczególnie ważnej. W tej samej lutowej dyskusji radni zwracali uwagę, że statutowy punkt to „sprawy różne i wolne wnioski” oraz że „jak najbardziej w sprawach różnych mamy prawo zadawać pytania o ile nie zmienimy statutu”. Z drugiej strony przewodnicząca odpowiadała: „Sprawy różne. Uważam, że to jest równoznaczne, wolne wnioski i oświadczenia”.
To nie była niewinna różnica słów. To była próba przesunięcia sensu całego punktu: ze „spraw różnych”, gdzie od lat padały pytania, w stronę „oświadczeń”, gdzie pytania przestawały być mile widziane, a zaczynały być wtłaczane w tryb interpelacji i zapytań składanych na piśmie.
Co więcej, nawet w toku tej samej debaty padło też, że „nie widzę przeszkód wtedy zadawania pytań czy też wyjaśniania wątpliwości związanych z uchwałami procedowanymi w toku postępowania na sesji”. A więc nawet w samym zapisie widać, że sprawa nie była tak jednoznaczna, jak później próbowano wmówić mieszkańcom.
Naprawdę trudno po czymś takim mówić, że mieszkańcy padli ofiarą „chaosu informacyjnego”. Tu nie było chaosu. Tu był jasny komunikat: nie pytajcie publicznie, tylko piszcie. I jak wynika z wypowiedzi burmistrza, jednym z powodów było również to, że nie chciał być później cytowany.
🟡 Radni nazwali to po imieniu
Na sesji z 9 marca Monika Kozłowska - Radna Rady Miejskiej Gminy i Miasta Grójec, mówiąc o nieprawidłowościach z 19 lutego oraz o komforcie pracy radnych mających inne poglądy niż burmistrz, powiedziała: „To, że Pani Przewodnicząca już dwukrotnie mi przerwała to świadczy o tym, że to co mówię jest rzeczywistością: radnym, którzy nie sprzyjają burmistrzowi, zamyka się usta”. W tym samym wystąpieniu dodała, że sytuacja, w której radni „nie mają prawa zadawać pytań” i mają je „składać na piśmie”, świadczy o „stłamszaniu kogokolwiek, kto się nie zgadza z poglądami” burmistrza i przewodniczącej.
Jeszcze mocniej powiedział to radny Artur Szlis: „każdy kto tą sesję ogląda zdroworozsądkowo do tego podchodząc może wyciągnąć wniosek, że próbowano zakneblować radnym usta”. I warto to podkreślić: to nie jest komentarz z internetu ani „fałszywa teza”. To jest publiczna ocena radnego wygłoszona na sesji.
🟡 Czy naprawdę nic się nie stało?
Bo jeśli naprawdę nic się nie stało, to dlaczego już 9 marca zwołano sesję nadzwyczajną, której porządek przewidywał „podjęcie uchwały w sprawie odwołania wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej w Grójcu”, a następnie ogłoszono, że „z funkcji wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej w Grójcu odwołany został pan Artur Szlis”?
To pokazuje skalę kryzysu. Część radnych chciała zmiany Przewodniczącej właśnie dlatego, że sposób prowadzenia sesji stał się problemem politycznym i ustrojowym, a nie tylko towarzyską sprzeczką. Sam Artur Szlis mówił zresztą, że punktem wspólnym rozmów była „jakość pracy Rady Miejskiej”, a pomysł zmian w prezydium pojawił się właśnie w tym kontekście.
Można oczywiście zauważyć, że pod wnioskiem o odwołanie wiceprzewodniczącego jako pierwsza podpisała się właśnie Przewodnicząca. To co najmniej rodzi pytania o jej udział w powstaniu tego dokumentu i całej politycznej odpowiedzi na próbę jej odwołania. Wystarczy zestawić fakty i ich kolejność.
I co równie ważne, także 9 marca Pani Przewodnicząca nie zachowywała się jak ktoś, kto zrozumiał powagę sytuacji. Przerywała radnej Monice Kozłowskiej słowami: „proszę skupić się”, „Do rzeczy, tak. Do rzeczy Pani Radna”, a sama Kozłowska wprost zarzucała jej, że jej wypowiedź jest co chwilę przerywana. To nie wygląda jak refleksja po kryzysie. To wygląda jak dalsze pouczanie radnych, jak mają mówić i gdzie kończy się granica dopuszczalnej krytyki.
🟡 Nawet burmistrz później złagodził stanowisko
Najciekawsze jest jednak to, że nawet po stronie władzy nie było pełnej zgodności co do tego, że wszystko było w porządku. Bo o ile przewodnicząca powtarzała jeszcze 9 marca, że „taki stan rzeczy” był zgodny z prawem, o tyle sam Dariusz Gwiazda - Burmistrz Gminy i Miasta Grójec przyznał, że po ostatniej sesji „musi być przywrócony” punkt „sprawy różne wolne wnioski” i że trzeba „wrócić do normalności”. To jest politycznie bardzo ważne: skoro trzeba było coś przywracać i do czegoś wracać, to znaczy, że coś jednak zostało popsute. I nie wymyślili tego ani mieszkańcy, ani portale. To wynikało z samego przebiegu sesji.
🟡 Zamiast odpowiedzi - atak na "portale"
W „przeprosinach” dostało się portalom. Zamiast odpowiedzieć na konkretne cytaty z 19 lutego, łatwiej było uderzyć w tych, którzy o sprawie informowali mieszkańców.
A przecież portale nie wymyśliły tej historii. Portale nie włożyły nikomu słów do ust. Portale po prostu zacytowały i skomentowały to, co mieszkańcy mogli sami zobaczyć i usłyszeć.
🟡 Nie przeprosiny, tylko odwracanie kota ogonem
Dlatego te „przeprosiny” nie brzmią jak przeprosiny. Brzmią jak bagatelizowanie sytuacji i przerzucanie odpowiedzialności na innych. Zamiast prostego: tak, popełniłam błąd, usłyszeliśmy, że radni nie zrozumieli, mieszkańcy źle odczytali, a media siały chaos.
O wiele uczciwiej i poważniej brzmiałoby zwykłe: popełniłam błąd. Bez obwiniania mieszkańców. Bez pretensji do radnych. Bez ataków na media za to, że cytują i komentują.
Bo jako Grójec bez Retuszu mamy ten komfort, że nie tworzymy faktów, tylko je komentujemy. Nasze materiały powstają na podstawie cytatów i dokumentów. Każdy może obejrzeć sesję z 19 lutego i 9 marca i sam wyciągnąć wnioski. I sam zobaczyć, że przeprosiny pani przewodniczącej nijak się mają do rzeczywistości, którą sama wykreowała na lutowej sesji Rady Miejskiej.
Warto zauważyć jeszcze jedno. Pani Przewodnicząca przeprosiła radnych, którzy mogli poczuć się urażeni. Nie wspomniała jednak nic o mieszkańcach. A to właśnie mieszkańcy z niesmakiem obserwują to, co dzieje się dziś w Radzie Miejskiej - kolejne napięcia, polityczne przepychanki i spory personalne zamiast skupienia się na sprawach naprawdę ważnych dla gminy. To mieszkańcy patrzą na to wszystko i mają prawo oczekiwać od swoich przedstawicieli nie obrażania się nawzajem, nie zasłaniania się procedurami i nie przerzucania winy na innych, ale zwykłej odpowiedzialności, powagi i pracy na rzecz wspólnego dobra.