21/01/2026
Tworzenie zagrożenia.
Jak niszczy się relację dziecka z rodzicem, nie używając przemocy?
Jednym z najbardziej destrukcyjnych mechanizmów w konfliktach rodzinnych nie jest krzyk, rękoczyny ani otwarta agresja. Jest nim tworzenie zagrożenia w oczach dziecka.
To proces długotrwały, cichy i pozornie (troskliwy).
Proces, w którym jeden z rodziców krok po kroku buduje w dziecku przekonanie, że drugi rodzic jest kimś, kogo należy się bać, komu nie można ufać albo z kim kontakt jest niebezpieczny.
Nie dzieje się to jedną rozmową. Dzieje się latami.
Czym naprawdę jest „zagrożenie”
Zagrożenie w tym kontekście rzadko ma związek z realnym doświadczeniem dziecka. Częściej jest obraną narracją, która zostaje dziecku wdrukowana.
Zaczyna się od sugestii, półsłówek. Od komentarzy rzuconych mimochodem. Od tonu głosu, napięcia w ciele, reakcji dorosłego.
Dziecko uczy się nie tego, co faktycznie przeżyło, ale tego, czego ma się bać, żeby nie stracić emocjonalnej więzi z rodzicem, z którym mieszka. To nie jest świadome kłamstwo dziecka. To adaptacja.
Jak buduje się narrację zagrożenia?
Ten mechanizm zwykle przebiega według podobnego schematu:
– najpierw pojawia się opowieść o „nieodpowiedzialności” drugiego rodzica,
– potem sugestie o jego „niestabilności”,
– następnie o „agresji”, „nieprzewidywalności” albo „złym wpływie”,
– aż w końcu dziecko zaczyna funkcjonować w stałym napięciu, nawet jeśli nic złego nigdy go nie spotkało.
Dorosły, który to robi, bardzo często mówi:
„Ja tylko chronię dziecko”.
Problem w tym, że ochrona oparta na strachu nie jest ochroną.
Jest kontrolą.
Więc jak robią to kobiety, jak robią to mężczyźni?
Mechanizm jest ten sam, ale narzędzia bywają różne.
Kobiety częściej używają języka troski i lęku:
– „dziecko się boi”,
– „dziecko nie chce”,
– „ja muszę je chronić”,
– „specjaliści mówią, że to dla niego za trudne”.
W wielu przypadkach, które dotyczą mężczyzn jako ojców, pojawia się jeszcze jeden bardzo charakterystyczny element: konstruowanie narracji zagrożenia wobec matki, która następnie zostaje rozszerzona na dziecko.
Najpierw ojciec zostaje opisany jako:
– agresywny wobec matki,
– impulsywny,
– potencjalnie niebezpieczny.
Kolejnym krokiem bywa uruchomienie procedur ochronnych, takich jak Niebieskich Kart, które – niezależnie od ich pierwotnego celu – w praktyce natychmiast stawiają ojca w pozycji osoby podejrzanej i niewiarygodnej.
Już sam fakt istnienia takiej procedury często wystarcza, by ograniczyć kontakt ojca z dzieckiem i utrwalić narrację zagrożenia w instytucjach.
I tutaj trzeba to powiedzieć bardzo jasno: nie mówimy o sytuacjach patologicznych, w których realnie dochodzi do przemocy, nadużyć czy krzywdzenia. W takich przypadkach ochrona jest konieczna i bezdyskusyjna. Mówimy o sytuacjach, w których narzędzie ochronne zostaje użyte jako element strategii procesowej, zanim cokolwiek zostanie rzetelnie zweryfikowane czy udowodnione.
W skrajniejszych wariantach tej samej strategii pojawia się jeszcze jeden mechanizm, szczególnie niszczący:
budowanie narracji opartej na przemocy seksualnej lub rzekomych dewiacjach seksualnych ojca dziecka.
To jeden z najsilniejszych społecznie zarzutów, bo:
– natychmiast uruchamia postępowania karne,
– automatycznie izoluje ojca od dziecka,
– dyskredytuje go w oczach sądu, instytucji i otoczenia,
– i pozostawia ślad, nawet jeśli zarzuty nie znajdują potwierdzenia.
W takich sytuacjach celem nie jest ochrona dziecka, lecz uwikłanie ojca w proces karny, który sam w sobie staje się „dowodem” zagrożenia.
Mężczyźni z kolei, gdy stosują podobne mechanizmy wobec matek, częściej dyskredytują ich kompetencje:
– „ona sobie nie radzi”,
– „jest niestabilna”,
– „manipuluje dzieckiem”,
– „nie dba o jego potrzeby”.
W obu przypadkach dziecko zostaje wciągnięte w konflikt dorosłych i postawione w sytuacji lojalnościowej, z której nie ma bezpiecznego wyjścia.
Co dzieje się z dzieckiem?
Dziecko nie wybiera „prawdy”. Dziecko wybiera przetrwanie relacji. Jeżeli wie, że odrzucenie narracji jednego rodzica grozi utratą jego miłości, bezpieczeństwa albo akceptacji, zaczyna:
– mówić to, co jest oczekiwane,
– reagować lękiem, który nie ma realnych podstaw,
– wycofywać się z relacji z drugim rodzicem,
– brać na siebie odpowiedzialność za emocje dorosłych.
To nie jest manipulacja dziecka. To jest przystosowanie do sytuacji, która je przerasta.
Dlaczego instytucje coraz częściej to widzą.
Jeszcze kilka lat temu takie mechanizmy były trudne do uchwycenia. Dziś coraz częściej są widoczne dla:
– psychologów,
– biegłych,
– kuratorów,
– zespołów opiniodawczych OZSS.
Bo narracja zagrożenia zawsze zostawia ślad:
– w niespójnych wypowiedziach dziecka,
– w nadmiernym lęku,
– w reakcjach nieadekwatnych do wieku,
– w silnym uzależnieniu emocjonalnym od jednego z rodziców.
I co najważniejsze: w braku realnych doświadczeń potwierdzających opowieść o zagrożeniu.
Dlaczego ta strategia zawsze niszczy dziecko?
Tworzenie zagrożenia nie niszczy „drugiego rodzica”.
Niszczy dziecko. Dziecko traci:
– poczucie bezpieczeństwa,
– prawo do własnych uczuć,
– możliwość budowania relacji bez strachu,
– zaufanie do własnych przeżyć.
A dorosły, który buduje tę narrację, bardzo często nie bierze za to odpowiedzialności, bo w jego przekonaniu „robił wszystko dla dobra dziecka”.
Problem polega na tym, że dobro dziecka nigdy nie wymaga niszczenia jego relacji z drugim rodzicem.
Na koniec.
Tworzenie zagrożenia to nie strategia ochrony. To strategia kontroli. I prędzej czy później przestaje działać.
Bo prawda, nawet wypierana latami, zawsze wychodzi – w zachowaniu dziecka, w opiniach specjalistów, w decyzjach instytucji.
A wtedy pytanie nie brzmi już:
„kto miał rację”.
Tylko:
ile dziecko musiało za to zapłacić.
Przemysław Piotr Zasada
Prezes Zarządu
Fundacji Dziecięcy Głos