10/08/2026
𝐏𝐀𝐂𝐉𝐄𝐍𝐓 𝐌𝐀 𝐏𝐑𝐀𝐖𝐎 𝐃𝐄𝐂𝐘𝐃𝐎𝐖𝐀𝐂 𝐎 𝐒𝐎𝐁𝐈𝐄. 𝐏𝐀𝐍𝐒𝐓𝐖𝐎 𝐏𝐎𝐖𝐈𝐍𝐍𝐎 𝐁𝐀𝐑𝐃𝐙𝐎 𝐔𝐖𝐀𝐙𝐀𝐂, 𝐙𝐀𝐍𝐈𝐌 𝐙𝐀𝐂𝐙𝐍𝐈𝐄 𝐃𝐄𝐂𝐘𝐃𝐎𝐖𝐀𝐂 𝐙𝐀 𝐍𝐈𝐄𝐆𝐎.
31 lipca 2026 r. została przyjęta ustawa zmieniająca ustawę o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Zakończyła już drogę parlamentarną i czeka obecnie na decyzję Prezydenta RP.
Przeczytałam jej przepisy i mam wobec nich bardzo poważne zastrzeżenia. Nie tylko jako prawnik. Również jako człowiek, który przez własne doświadczenia zupełnie inaczej patrzy dzisiaj na sytuację pacjenta i jego rodziny, szczególnie w tym momencie, kiedy możliwości medycyny konwencjonalnej zaczynają się kończyć, a człowiek wcale nie jest gotowy przestać szukać.
Nie kwestionuję potrzeby ścigania oszustwa. Jeżeli ktoś świadomie okłamuje chorego człowieka, obiecuje mu pewne wyleczenie, którego zagwarantować nie może, zataja rzeczywiste ryzyko albo wykorzystuje jego dramatyczną sytuację wyłącznie po to, żeby osiągnąć korzyść, powinien ponosić konsekwencje.
Problem polega na tym, że przyjęta ustawa nie sprowadza się wyłącznie do ścigania takiego zachowania.
Nowe przepisy wprowadzają do ustawy o prawach pacjenta pojęcia „praktyki pseudomedycznej” i „dezinformacji medycznej”, a Rzecznik Praw Pacjenta otrzymuje bardzo szerokie kompetencje związane z ich zwalczaniem.
I właśnie tutaj zaczyna się mój zasadniczy problem z tą regulacją.
Zanim zaczniemy mówić o „pseudomedycynie”, warto zadać znacznie bardziej podstawowe pytanie.
𝐊𝐭𝐨 𝐰𝐥𝐚𝐬𝐜𝐢𝐰𝐢𝐞 𝐦𝐚 𝐩𝐫𝐚𝐰𝐨 𝐝𝐞𝐜𝐲𝐝𝐨𝐰𝐚𝐜 𝐨 𝐭𝐲𝐦, 𝐜𝐨 𝐝𝐨𝐫𝐨𝐬𝐥𝐲, 𝐬𝐰𝐢𝐚𝐝𝐨𝐦𝐲 𝐜𝐳𝐥𝐨𝐰𝐢𝐞𝐤 𝐫𝐨𝐛𝐢 𝐳𝐞 𝐬𝐰𝐨𝐢𝐦 𝐳𝐝𝐫𝐨𝐰𝐢𝐞𝐦 𝐢 𝐰𝐥𝐚𝐬𝐧𝐲𝐦 𝐜𝐢𝐚𝐥𝐞𝐦?
Czym innym jest przecież oszustwo, a czym innym świadoma decyzja dorosłego człowieka o skorzystaniu z metody, która nie należy do medycyny konwencjonalnej.
Nie potrafię zaakceptować prostego podziału świata, w którym z jednej strony mamy medycynę akademicką, a wszystko, co znajduje się poza nią, zaczynamy traktować jak potencjalne zagrożenie, przed którym dorosłego człowieka trzeba chronić.
Przez setki lat ludzie korzystali z ziół, roślin, tradycyjnych sposobów postępowania i pomocy osób, które dzisiaj nie zostałyby uznane za wykonujące zawód medyczny. Korzystały z nich nasze babki i prababki. Z części tych rzeczy korzystamy nadal. Zioła kupujemy w aptekach. Na tych samych aptecznych półkach znajdują się suplementy zawierające witaminy, minerały, ekstrakty roślinne i najróżniejsze substancje, którym konsumenci przypisują określone znaczenie dla swojego organizmu.
Oczywiście fakt, że coś jest naturalne albo jest sprzedawane w aptece nie oznacza, że jest lekiem ani że leczy określoną chorobę. Wielowiekowa tradycja stosowania danej metody również nie jest sama w sobie naukowym dowodem jej skuteczności.
Tylko że z tego nie wynika jeszcze, że dorosły człowiek powinien zostać pozbawiony prawa do samodzielnego zdecydowania czy chce z czegoś skorzystać.
Jeżeli wiem, że określona metoda nie jest standardowym świadczeniem zdrowotnym, wiem, że jej skuteczność w leczeniu mojej choroby nie została potwierdzona, znam jej ograniczenia i potencjalne ryzyko, wiem, że nie powinna zastępować leczenia, a osoba, która mi ją proponuje nie gwarantuje mi wyleczenia, to dlaczego ostateczna decyzja nie miałaby należeć do mnie?
To jest przecież moje ciało, moje zdrowie i moje życie.
Prawo pacjenta od lat opiera się między innymi na autonomii i świadomej zgodzie. Dorosły człowiek może odmówić proponowanego mu leczenia akademickiego również wtedy, kiedy lekarz uważa taką decyzję za błędną i nawet jeżeli odmowa może mieć dla pacjenta bardzo poważne konsekwencje.
I właśnie tutaj pojawia się kolejna rzecz, której w tej dyskusji zupełnie nie rozumiem. 𝐏𝐫𝐳𝐞𝐜𝐢𝐞𝐳 𝐫𝐨́𝐰𝐧𝐢𝐞𝐳 𝐦𝐞𝐝𝐲𝐜𝐲𝐧𝐚 𝐤𝐨𝐧𝐰𝐞𝐧𝐜𝐣𝐨𝐧𝐚𝐥𝐧𝐚 𝐧𝐢𝐞 𝐝𝐚𝐣𝐞 𝐧𝐚𝐦 𝐠𝐰𝐚𝐫𝐚𝐧𝐜𝐣𝐢 𝐩𝐨𝐰𝐨𝐝𝐳𝐞𝐧𝐢𝐚 𝐥𝐞𝐜𝐳𝐞𝐧𝐢𝐚.
Przed operacją otrzymujemy informacje dotyczące zabiegu i związanego z nim ryzyka. Dowiadujemy się o możliwych powikłaniach, konsekwencjach, alternatywnych metodach postępowania, a czasami również o tym, że procedura może po prostu nie przynieść oczekiwanego rezultatu.
Możemy przeczytać o ryzyku krwawienia, zakażenia, uszkodzenia określonych struktur, konieczności wykonania kolejnego zabiegu, trwałych następstwach, a przy najpoważniejszych procedurach również o ryzyku śmierci.
I co robimy? Podejmujemy decyzję. Nie dlatego, że ktoś zagwarantował nam powodzenie, a wręcz przeciwnie. Podejmujemy ją ze świadomością, że gwarancji nie ma.
Na tym przecież polega świadoma zgoda. 𝐏𝐚𝐜𝐣𝐞𝐧𝐭 𝐦𝐚 𝐨𝐭𝐫𝐳𝐲𝐦𝐚𝐜 𝐫𝐳𝐞𝐭𝐞𝐥𝐧𝐚 𝐢𝐧𝐟𝐨𝐫𝐦𝐚𝐜𝐣𝐞, 𝐩𝐨𝐳𝐧𝐚𝐜 𝐦𝐨𝐳𝐥𝐢𝐰𝐞 𝐤𝐨𝐫𝐳𝐲𝐬𝐜𝐢 𝐢 𝐫𝐲𝐳𝐲𝐤𝐨, 𝐚 𝐧𝐚𝐬𝐭𝐞𝐩𝐧𝐢𝐞 𝐳𝐝𝐞𝐜𝐲𝐝𝐨𝐰𝐚𝐜 𝐜𝐳𝐲 𝐜𝐡𝐜𝐞 𝐬𝐢𝐞 𝐨𝐤𝐫𝐞𝐬𝐥𝐨𝐧𝐞𝐣 𝐩𝐫𝐨𝐜𝐞𝐝𝐮𝐫𝐳𝐞 𝐩𝐨𝐝𝐝𝐚𝐜.
Oczywiście podpisanie zgody nie oznacza zwolnienia lekarza z odpowiedzialności za błąd medyczny. Nie o tym mówię. Mówię o samej konstrukcji świadomej decyzji.
W medycynie konwencjonalnej uznajemy, że dorosły człowiek jest zdolny zrozumieć informację o ryzyku i zdecydować czy jest gotowy to ryzyko podjąć. Dlaczego więc ta sama autonomia zaczyna wyglądać zupełnie inaczej, kiedy wychodzimy poza medycynę konwencjonalną?
Jeżeli lekarz mówi mi, że nie może zagwarantować powodzenia operacji, przedstawia możliwe powikłania i pozostawia decyzję mnie, uznajemy to za realizację prawa pacjenta do świadomej zgody.
Jeżeli natomiast ktoś uczciwie mówi, że określona metoda nie ma potwierdzonej skuteczności w leczeniu mojej choroby, nie zastępuje leczenia, nie daje gwarancji rezultatu i ma określone ograniczenia, dlaczego jako dorosły człowiek miałabym nie móc odpowiedzieć: „rozumiem i mimo wszystko chcę spróbować”?
Czy jesteśmy wystarczająco dojrzali, żeby zgodzić się na operację obarczoną ryzykiem poważnych powikłań, ale jednocześnie trzeba nas chronić przed podjęciem świadomej decyzji o skorzystaniu z określonej metody wspierającej?
𝐆𝐝𝐳𝐢𝐞 𝐰 𝐭𝐚𝐤𝐢𝐦 𝐫𝐚𝐳𝐢𝐞 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐛𝐢𝐞𝐠𝐚 𝐠𝐫𝐚𝐧𝐢𝐜𝐚 𝐧𝐚𝐬𝐳𝐞𝐣 𝐚𝐮𝐭𝐨𝐧𝐨𝐦𝐢𝐢?
Medycyna akademicka również nie stoi w miejscu. Stan wiedzy się zmienia. Istnieją badania kliniczne, procedury eksperymentalne, zastosowania leków poza zarejestrowanymi wskazaniami, nowe terapie i metody, które na pewnym etapie nie należały do standardowego postępowania. Toczą się spory naukowe. Jedne hipotezy są z czasem potwierdzane, inne odrzucane.
Są również lekarze, którzy nie stawiają muru pomiędzy leczeniem konwencjonalnym a wszystkim, co znajduje się poza nim. Rozmawiają z pacjentami o diecie, suplementacji czy innych formach wspierania organizmu. Pytają, co pacjent przyjmuje, sprawdzają możliwe interakcje i bezpieczeństwo, zamiast automatycznie zakładać, że wszystko, co znajduje się poza standardową procedurą medyczną, musi stanowić zagrożenie.
Dla mnie właśnie tak wygląda rozsądna ochrona pacjenta.
Jeżeli chcesz szukać, szukaj świadomie. Powiedz lekarzowi, co stosujesz. Sprawdź możliwe interakcje. Nie odstawiaj skutecznego leczenia na podstawie fałszywych informacji. Wiedz, gdzie istnieją dowody, gdzie są one ograniczone, a gdzie ich po prostu nie ma.
To jest partnerskie traktowanie dorosłego człowieka. Nie chodzi przecież o wybór: lekarz albo znachor. To jest fałszywa alternatywa.
Pacjent może leczyć się onkologicznie i jednocześnie korzystać z innych metod wspierających. Może przyjmować zalecone leki, wykonywać badania, pozostawać pod opieką lekarza, a jednocześnie interesować się dietą, suplementacją, ziołami, metodami tradycyjnymi czy innymi sposobami wspierania organizmu.
Może też znaleźć się w sytuacji znacznie trudniejszej.
Może usłyszeć, że nie można już zastosować leczenia radykalnego.
Może usłyszeć, że możliwości leczenia przyczynowego zostały wyczerpane.
Może usłyszeć, że pozostało leczenie paliatywne.
I właśnie tutaj moje osobiste doświadczenia sprawiają, że na tę ustawę nie potrafię patrzeć wyłącznie teoretycznie.
Kiedy człowiek albo jego rodzina słyszą, że medycyna konwencjonalna nie ma już kolejnego rozwiązania, nie oznacza to automatycznie, że przestają chcieć szukać. Czasami właśnie wtedy zaczynają szukać najbardziej. Nie dlatego, że przestają szanować lekarzy albo odrzucają naukę. Dlatego, że chcą zrobić wszystko, co jeszcze mogą zrobić. I wtedy pojawia się dla mnie bardzo niewygodne pytanie.
𝐂𝐳𝐲 𝐩𝐚𝐧𝐬𝐭𝐰𝐨 𝐦𝐨𝐳𝐞 𝐩𝐨𝐰𝐢𝐞𝐝𝐳𝐢𝐞𝐜 𝐩𝐚𝐜𝐣𝐞𝐧𝐭𝐨𝐰𝐢: „𝐦𝐲 𝐧𝐢𝐞 𝐦𝐚𝐦𝐲 𝐣𝐮𝐳 𝐝𝐥𝐚 𝐜𝐢𝐞𝐛𝐢𝐞 𝐫𝐨𝐳𝐰𝐢𝐚𝐳𝐚𝐧𝐢𝐚, 𝐚𝐥𝐞 𝐛𝐞𝐝𝐳𝐢𝐞𝐦𝐲 𝐣𝐞𝐝𝐧𝐨𝐜𝐳𝐞𝐬𝐧𝐢𝐞 𝐜𝐨𝐫𝐚𝐳 𝐬𝐳𝐞𝐫𝐳𝐞𝐣 𝐝𝐞𝐜𝐲𝐝𝐨𝐰𝐚𝐜 𝐨 𝐭𝐲𝐦, 𝐠𝐝𝐳𝐢𝐞 𝐰𝐨𝐥𝐧𝐨 𝐜𝐢 𝐬𝐳𝐮𝐤𝐚𝐜 𝐝𝐚𝐥𝐞𝐣”?
Dla mnie właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa dyskusja o prawach pacjenta. Tym bardziej że zanim państwo zacznie tak intensywnie chronić pacjenta przed tym, czego szuka poza medycyną konwencjonalną, warto zapytać 𝐣𝐚𝐤𝐢 𝐫𝐞𝐚𝐥𝐧𝐲 𝐝𝐨𝐬𝐭𝐞𝐩 𝐳𝐚𝐩𝐞𝐰𝐧𝐢𝐚 𝐦𝐮 𝐝𝐨 𝐬𝐚𝐦𝐞𝐣 𝐦𝐞𝐝𝐲𝐜𝐲𝐧𝐲 𝐤𝐨𝐧𝐰𝐞𝐧𝐜𝐣𝐨𝐧𝐚𝐥𝐧𝐞𝐣.
Prawa pacjenta nie zaczynają się przecież w chwili, kiedy ktoś proponuje mu zioło, suplement czy terapię niekonwencjonalną. Prawa pacjenta dotyczą również tego czy człowiek może odpowiednio szybko dostać się do specjalisty i czy może w odpowiednim czasie przejść diagnostykę.
Pacjent czeka na tomografię komputerową, rezonans, kolonoskopię, konsultację specjalistyczną czy inne badania. Czasami czeka miesiącami, a nawet latami. A w wielu chorobach właśnie czas ma fundamentalne znaczenie dla momentu postawienia diagnozy i rozpoczęcia leczenia.
I w tym miejscu widzę ogromny paradoks.
𝐏𝐚𝐧𝐬𝐭𝐰𝐨, 𝐤𝐭𝐨́𝐫𝐞 𝐧𝐢𝐞 𝐳𝐚𝐰𝐬𝐳𝐞 𝐣𝐞𝐬𝐭 𝐰 𝐬𝐭𝐚𝐧𝐢𝐞 𝐳𝐚𝐩𝐞𝐰𝐧𝐢𝐜 𝐩𝐚𝐜𝐣𝐞𝐧𝐭𝐨𝐰𝐢 𝐨𝐝𝐩𝐨𝐰𝐢𝐞𝐝𝐧𝐢𝐨 𝐬𝐳𝐲𝐛𝐤𝐚 𝐝𝐢𝐚𝐠𝐧𝐨𝐬𝐭𝐲𝐤𝐞 𝐢 𝐥𝐞𝐜𝐳𝐞𝐧𝐢𝐞, 𝐜𝐡𝐜𝐞 𝐣𝐞𝐝𝐧𝐨𝐜𝐳𝐞𝐬𝐧𝐢𝐞 𝐨𝐭𝐫𝐳𝐲𝐦𝐚𝐜 𝐛𝐚𝐫𝐝𝐳𝐨 𝐬𝐢𝐥𝐧𝐞 𝐧𝐚𝐫𝐳𝐞𝐝𝐳𝐢𝐚 𝐤𝐨𝐧𝐭𝐫𝐨𝐥𝐢 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐬𝐭𝐫𝐳𝐞𝐧𝐢, 𝐰 𝐤𝐭𝐨́𝐫𝐞𝐣 𝐭𝐞𝐧 𝐬𝐚𝐦 𝐩𝐚𝐜𝐣𝐞𝐧𝐭 𝐩𝐫𝐨́𝐛𝐮𝐣𝐞 𝐬𝐳𝐮𝐤𝐚𝐜 𝐜𝐳𝐞𝐠𝐨𝐬 𝐣𝐞𝐬𝐳𝐜𝐳𝐞.
Może więc, zanim zaczniemy chronić człowieka przed tym, czego szuka poza systemem, powinniśmy najpierw uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie czy system był dla niego naprawdę dostępny wtedy, kiedy najbardziej go potrzebował?
Mam z tym jeszcze większy problem, kiedy patrzę na kompetencje, które nowa ustawa przyznaje Rzecznikowi Praw Pacjenta.
Rzecznik powinien być dla mnie przede wszystkim instytucją stojącą po stronie pacjenta. Także tego pacjenta, który miesiącami czeka na specjalistę. Tego, który nie może dostać się na badanie. Tego, którego diagnostyka trwa zbyt długo. Tego, który odbija się od kolejnych drzwi systemu. Tego, który ostatecznie słyszy, że możliwości standardowego leczenia zostały wyczerpane.
Tymczasem nowelizacja tworzy zupełnie nowy obszar działalności Rzecznika, czyli postępowania w sprawach „praktyk pseudomedycznych” i wyposaża go w bardzo poważne instrumenty ingerencji.
Rzecznik będzie mógł prowadzić postępowanie, uznać praktykę za pseudomedyczną, nakazać jej zaprzestanie i wskazać działania niezbędne do usunięcia skutków jej stosowania. Co szczególnie istotne, decyzji nakazującej zaniechanie praktyki pseudomedycznej ustawa nadaje rygor natychmiastowej wykonalności.
Oznacza to, że konsekwencje decyzji mogą pojawić się, zanim zakończy się spór o to, czy określona działalność rzeczywiście została prawidłowo zakwalifikowana.
Ustawa idzie dalej.
Powstaje jawny rejestr podmiotów prowadzących „dezinformację medyczną”. Przepisy przewidują możliwość doprowadzenia przez Rzecznika do przekierowania połączeń prowadzących do określonej domeny internetowej na stronę Rzecznika zawierającą ostrzeżenie o dezinformacji medycznej.
Do tego dochodzą kary pieniężne sięgające 1 000 000 zł, a w przewidzianych ustawą przypadkach możliwość ich ponownego nakładania.
I w tym miejscu naprawdę przestajemy rozmawiać wyłącznie o człowieku, który sprzedaje choremu wodę i obiecuje, że wyleczy nią raka.
Rozmawiamy o bardzo szerokiej władzy administracyjnej. O możliwości kwalifikowania określonych praktyk, ingerowania w działalność, nakazywania jej zaprzestania, publikowania informacji o podmiocie, prowadzenia publicznego rejestru, wpływania na dostęp do jego strony internetowej i nakładania sankcji finansowych, które dla niewielkiego przedsiębiorcy mogą oznaczać faktyczny koniec działalności.
Chciałabym, żebyśmy właśnie tutaj przestali widzieć wyłącznie abstrakcyjnego „szarlatana”.
Za taką działalnością może stać konkretny człowiek.
Zielarz. Naturopata. Osoba zajmująca się tradycyjnymi metodami wspierania organizmu. Ktoś, kto przez kilkanaście albo kilkadziesiąt lat zdobywał wiedzę w swojej dziedzinie i uczynił z niej swoją pracę. Czasami jest to wiedza wyniesiona z domu i przekazywana w rodzinie od pokoleń. Czasami życiowa pasja. Czasami zwyczajnie zawód i jedyne źródło utrzymania.
Możemy nie wierzyć w skuteczność jego metod. Możemy z nich nigdy nie skorzystać. Możemy uważać, że brakuje dla nich wystarczających dowodów naukowych. Ale to nadal nie odpowiada na pytanie czy państwo powinno mieć możliwość praktycznego wyeliminowania takiej działalności w następstwie administracyjnego zakwalifikowania jej jako praktyki pseudomedycznej.
Jeżeli ktoś oszukuje, ścigajmy oszustwo.
Jeżeli stwarza rzeczywiste zagrożenie dla zdrowia lub życia, reagujmy.
Jeżeli wprowadza pacjenta w błąd, chrońmy pacjenta.
Ale pomiędzy tym wszystkim a stwierdzeniem, że człowiek nie powinien móc legalnie oferować określonej formy wsparcia, istnieje ogromna przestrzeń.
I właśnie o tę przestrzeń toczy się dla mnie ten spór.
Niepokoi mnie również pojęcie „dezinformacji medycznej” oraz odwołanie do „aktualnej wiedzy medycznej”.
Aktualna wiedza medyczna jest oczywiście podstawowym punktem odniesienia współczesnego leczenia i nie zamierzam tego kwestionować.
Problem pojawia się wtedy, kiedy kryterium to staje się elementem przepisów pozwalających na bardzo daleko idącą administracyjną ingerencję w publiczne rozpowszechnianie informacji.
Bo stan wiedzy się zmienia. Medycyna się rozwija. Toczą się spory naukowe. Istnieją badania wstępne, obserwacyjne, eksperymentalne i hipotezy, które z czasem są potwierdzane albo odrzucane.
Dlatego granica pomiędzy oszustwem, informacją o metodzie niepotwierdzonej i dyskusją o metodzie wspomagającej musi być niezwykle precyzyjna.
Karać należy za kłamstwo, świadome wprowadzanie w błąd i stwarzanie realnego zagrożenia dla pacjenta.
Prawo powinno jednak bardzo ostrożnie podchodzić do sytuacji, w której organ państwa zaczyna decydować, jakich informacji dorosły człowiek może poszukiwać i które poglądy dotyczące zdrowia mogą być publicznie prezentowane.
Nie każda rozmowa o ziołach jest obietnicą wyleczenia. Nie każda suplementacja jest „leczeniem raka”. Nie każda metoda wspierająca konkuruje z leczeniem konwencjonalnym. Nie wszystko, co człowiek robi dla swojego organizmu podczas choroby, musi być kwalifikowane jako leczenie w znaczeniu właściwym dla świadczeń zdrowotnych.
Co więcej, sama ustawa w definicji praktyki pseudomedycznej szczególnie wskazuje obszary dotyczące małoletnich, chorób onkologicznych, ciężkich chorób nieuleczalnych i zaburzeń psychicznych.
Rozumiem potrzebę szczególnej ochrony takich osób, ale szczególna ochrona człowieka znajdującego się w trudnej sytuacji nie może oznaczać automatycznego odebrania mu podmiotowości.
Pacjent powinien otrzymać prawdziwą informację. Powinien wiedzieć, że dana metoda nie ma potwierdzonej skuteczności. Powinien znać jej ryzyko. Powinien wiedzieć, że suplement nie jest lekiem. Powinien zostać ostrzeżony przed możliwymi interakcjami. Nikt nie powinien gwarantować mu rezultatu, którego zagwarantować nie można, ani nakłaniać go do odstawienia skutecznego leczenia poprzez przedstawianie nieprawdziwych informacji.
Ale jeżeli dorosły człowiek otrzymał tę wiedzę, rozumie ją i nadal mówi:
„𝐓𝐚𝐤. 𝐖𝐢𝐞𝐦. 𝐌𝐢𝐦𝐨 𝐰𝐬𝐳𝐲𝐬𝐭𝐤𝐨 𝐜𝐡𝐜𝐞 𝐬𝐩𝐫𝐨́𝐛𝐨𝐰𝐚𝐜 𝐭𝐞𝐠𝐨 𝐝𝐨𝐝𝐚𝐭𝐤𝐨𝐰𝐨”
𝐭𝐨 𝐠𝐝𝐳𝐢𝐞 𝐤𝐨𝐧𝐜𝐳𝐲 𝐬𝐢𝐞 𝐩𝐫𝐚𝐰𝐨 𝐩𝐚𝐧𝐬𝐭𝐰𝐚 𝐝𝐨 𝐨𝐜𝐡𝐫𝐨𝐧𝐲 𝐩𝐚𝐜𝐣𝐞𝐧𝐭𝐚, 𝐚 𝐠𝐝𝐳𝐢𝐞 𝐳𝐚𝐜𝐳𝐲𝐧𝐚 𝐬𝐢𝐞 𝐩𝐫𝐚𝐰𝐨 𝐩𝐚𝐜𝐣𝐞𝐧𝐭𝐚 𝐝𝐨 𝐝𝐞𝐜𝐲𝐝𝐨𝐰𝐚𝐧𝐢𝐚 𝐨 𝐬𝐨𝐛𝐢𝐞?
Dla mnie właśnie tutaj przebiega granica, której ta ustawa dotyka bardzo niebezpiecznie.
Nie chcę państwa, które pozostawia chorego człowieka samego wobec oszustów. Jednak równie mocno nie chcę państwa, które w imię ochrony zaczyna traktować dorosłego człowieka tak, jakby nie był zdolny podjąć własnej decyzji tylko dlatego, że jego decyzja wykracza poza oficjalny standard.
Nie chcę również, żeby dyskusja o tej ustawie została sprowadzona do prostego hasła, że jeżeli ktoś jest przeciwny takim rozwiązaniom, to automatycznie broni szarlatanów.
Nie.
Można bezwzględnie sprzeciwiać się wykorzystywaniu chorych ludzi, a jednocześnie bronić prawa pacjenta do autonomii.
Można ufać medycynie opartej na dowodach, a jednocześnie uważać, że człowiek ma prawo wiedzieć, jakie inne możliwości istnieją i jaki jest rzeczywisty stan wiedzy na ich temat.
Można korzystać z leczenia konwencjonalnego i jednocześnie szukać metod wspierających.
Można uważać, że państwo powinno walczyć z oszustwem, i jednocześnie sprzeciwiać się wyposażaniu jednego organu administracji w tak daleko idące instrumenty ingerencji.
Można również stanąć po stronie ludzi, którzy od lat zajmują się metodami tradycyjnymi czy komplementarnymi, nie twierdząc jednocześnie, że każda z tych metod działa.
To nie jest sprzeczność, to jest właśnie istota państwa prawa.
Nie pytamy wyłącznie czy cel regulacji jest słuszny. Pytamy również czy środki zastosowane do jego osiągnięcia są precyzyjne, konieczne i proporcjonalne oraz czy przy okazji zwalczania patologii nie uderzamy w zachowania, których zwalczać wcale nie zamierzaliśmy.
A przede wszystkim można oczekiwać od państwa, że zanim zacznie z ogromną determinacją chronić pacjenta przed tym, czego poszukuje poza systemem, z taką samą determinacją zagwarantuje mu terminową diagnostykę, dostęp do specjalisty i realną pomoc w systemie.
Piszę to również przez pryzmat własnych doświadczeń.
Dlatego dla mnie ten temat nie jest abstrakcyjną dyskusją o tym, czy ktoś „wierzy w medycynę alternatywną”. Chodzi o coś dużo ważniejszego. O moment, w którym siedzisz naprzeciwko lekarza i słyszysz, że możliwości są ograniczone albo że zrobiono już wszystko, co współczesna medycyna może zaproponować. A ty nadal chcesz szukać, próbować i mieć nadzieję. Przede wszystkim nadal chcesz decydować.
Dlatego mam tak poważne zastrzeżenia do tej regulacji w jej obecnym kształcie.
Nie oczekuję jednak, że ktokolwiek przyjmie moją ocenę bez zastanowienia.
Ustawa czeka obecnie na decyzję Prezydenta RP. Warto ją przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie.
Tylko podczas tej lektury proponuję na chwilę odłożyć słowa „szarlatan”, „pseudomedycyna” i „dezinformacja”.
Zamiast tego wyobraźmy sobie konkretnego człowieka.
Człowieka, który zachorował. Który czeka na badanie. Który szuka specjalisty. Który korzysta z leczenia zgodnie z zaleceniami. Który godzi się na procedury medyczne, wiedząc, że one również nie dają mu gwarancji. Który chce równolegle zrobić dla siebie coś jeszcze. Albo człowieka, który w pewnym momencie słyszy, że medycyna konwencjonalna nie ma już dla niego kolejnej możliwości.
I dopiero wtedy odpowiedzmy sobie na pytanie:
𝐂𝐳𝐲 𝐫𝐨𝐥𝐚 𝐩𝐚𝐧𝐬𝐭𝐰𝐚 𝐣𝐞𝐬𝐭 𝐝𝐚𝐜 𝐭𝐞𝐦𝐮 𝐜𝐳𝐥𝐨𝐰𝐢𝐞𝐤𝐨𝐰𝐢 𝐦𝐨𝐳𝐥𝐢𝐰𝐢𝐞 𝐩𝐞𝐥𝐧𝐚 𝐢 𝐮𝐜𝐳𝐜𝐢𝐰𝐚 𝐢𝐧𝐟𝐨𝐫𝐦𝐚𝐜𝐣𝐞, 𝐳𝐚𝐩𝐞𝐰𝐧𝐢𝐜 𝐦𝐮 𝐝𝐨𝐬𝐭𝐞𝐩 𝐝𝐨 𝐥𝐞𝐜𝐳𝐞𝐧𝐢𝐚 𝐢 𝐜𝐡𝐫𝐨𝐧𝐢𝐜 𝐠𝐨 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐝 𝐨𝐬𝐳𝐮𝐬𝐭𝐰𝐞𝐦 𝐜𝐳𝐲 𝐫𝐨́𝐰𝐧𝐢𝐞𝐳 𝐝𝐞𝐜𝐲𝐝𝐨𝐰𝐚𝐜, 𝐠𝐝𝐳𝐢𝐞 𝐰𝐨𝐥𝐧𝐨 𝐦𝐮 𝐬𝐳𝐮𝐤𝐚𝐜, 𝐳 𝐜𝐳𝐲𝐣𝐞𝐣 𝐩𝐨𝐦𝐨𝐜𝐲 𝐰𝐨𝐥𝐧𝐨 𝐦𝐮 𝐤𝐨𝐫𝐳𝐲𝐬𝐭𝐚𝐜, 𝐜𝐳𝐞𝐠𝐨 𝐰𝐨𝐥𝐧𝐨 𝐦𝐮 𝐩𝐫𝐨́𝐛𝐨𝐰𝐚𝐜 𝐢 𝐣𝐚𝐤𝐢𝐞 𝐫𝐲𝐳𝐲𝐤𝐨 𝐰𝐨𝐥𝐧𝐨 𝐦𝐮 𝐬𝐰𝐢𝐚𝐝𝐨𝐦𝐢𝐞 𝐩𝐨𝐝𝐣𝐚𝐜 𝐰 𝐨𝐝𝐧𝐢𝐞𝐬𝐢𝐞𝐧𝐢𝐮 𝐝𝐨 𝐰𝐥𝐚𝐬𝐧𝐞𝐠𝐨 𝐳𝐝𝐫𝐨𝐰𝐢𝐚 𝐢 𝐳𝐲𝐜𝐢𝐚?
A obok niego postawmy drugiego człowieka.
Tego, który od dwudziestu czy trzydziestu lat zajmuje się ziołami albo innymi tradycyjnymi metodami. Tego, który nauczył się ich od rodziców lub dziadków. Tego, dla którego jest to zawód, pasja i źródło utrzymania.
I zadajmy sobie drugie pytanie.
𝐂𝐳𝐲 𝐣𝐞𝐳𝐞𝐥𝐢 𝐭𝐚𝐤𝐢 𝐜𝐳𝐥𝐨𝐰𝐢𝐞𝐤 𝐧𝐢𝐤𝐨𝐠𝐨 𝐧𝐢𝐞 𝐨𝐬𝐳𝐮𝐤𝐮𝐣𝐞, 𝐧𝐢𝐞 𝐠𝐰𝐚𝐫𝐚𝐧𝐭𝐮𝐣𝐞 𝐰𝐲𝐥𝐞𝐜𝐳𝐞𝐧𝐢𝐚 𝐢 𝐮𝐜𝐳𝐜𝐢𝐰𝐢𝐞 𝐩𝐫𝐳𝐞𝐝𝐬𝐭𝐚𝐰𝐢𝐚 𝐜𝐡𝐚𝐫𝐚𝐤𝐭𝐞𝐫 𝐨𝐫𝐚𝐳 𝐨𝐠𝐫𝐚𝐧𝐢𝐜𝐳𝐞𝐧𝐢𝐚 𝐭𝐞𝐠𝐨, 𝐜𝐨 𝐨𝐟𝐞𝐫𝐮𝐣𝐞, 𝐩𝐚𝐧𝐬𝐭𝐰𝐨 𝐩𝐨𝐰𝐢𝐧𝐧𝐨 𝐦𝐢𝐞𝐜 𝐦𝐨𝐳𝐥𝐢𝐰𝐨𝐬𝐜 𝐩𝐨𝐳𝐛𝐚𝐰𝐢𝐞𝐧𝐢𝐚 𝐠𝐨 𝐭𝐞𝐣 𝐝𝐳𝐢𝐚𝐥𝐚𝐥𝐧𝐨𝐬𝐜𝐢 𝐝𝐥𝐚𝐭𝐞𝐠𝐨, 𝐳𝐞 𝐨𝐫𝐠𝐚𝐧 𝐚𝐝𝐦𝐢𝐧𝐢𝐬𝐭𝐫𝐚𝐜𝐣𝐢 𝐮𝐳𝐧𝐚 𝐣𝐚 𝐳𝐚 𝐩𝐬𝐞𝐮𝐝𝐨𝐦𝐞𝐝𝐲𝐜𝐳𝐧𝐚?
Ja swoją odpowiedź znam.
Ale w tej sprawie każdy powinien odpowiedzieć sobie sam.